Kiedyś było inaczej. Miała mamę. Tatę. Załogę, której ojciec przewodził, traktowała jak swą rodzinę. Czciła wiernie Ivris, za każdym razie na lądzie składając jej bezkrwawe ofiary i modły. Kiedyś była dzieckiem i świat był czarno-biały. W ciągu dwóch lat barwy zmieszały się ze sobą, a ona wylądowała w rzeczywistości szarych odcieni, gdzie nic nie jest proste ani łatwe, choć próbowano jej wmówić, że to nieprawda.
Brall, kapitan arara Aarin – królewskiego statku ochrzczonego imieniem samej bogini wiatru i wschodu, opiekunki podróżnych – jej tata. Na ląd nigdy nie przybijali dłużej, niż na miesiąc, a i to jedynie w rzadkich przypadkach załatwiania spraw politycznych; smuciło to Sidrif, bo choć kochała chłostę wiatru na twarzy, trzepot żagli i obserwowanie wszystkiego z wysoka, stąpanie po nowej, nieznanej ziemi napawało ją radością, ekscytacją.
Po matce, Hrist, odziedziczyła głównie urodę i niewyparzony język oraz szczyptę magii, bo wyczucia w gotowaniu Sidrif nie zdołała pojąć, natomiast w innych kwestiach Hrist była nielotem, jak to określali svahildranie. To Brall nauczył ją czytać mapy, tworzyć nowe, całej wiedzy o statku, która potem okazała się dla niej niezbędna. To dzięki niemu poznała kunszt grania na flecie, aż z pomocą paru członków załogi i osób, jakie napotkali przez lata na swej drodze, przewyższyła go w tej umiejętności, oczarowując swoją muzyką każdego, kto jej posłuchał. Do dziś wspomina pewne chłodne popołudnie nad białą łąką, jednym z ich przystanków na drodze do zamku. Śnieżne korony drzew skrzyły się w pełnym słońcu, zewsząd dobiegały spokojne rozmowy i nieśmiały śpiew ptaków. Kiedy rozłożyli koce, aby się pożywić, Rif przysiadła na skraju jednego z nich i grała kojącą melodię, otaczając całą załogę oraz resztę podróżnych woalką spokoju i marzeń. Rodzice siedzieli naprzeciw niej, oparci o siebie ramionami, uśmiechnięci. Dłonie spletli mocno, jakby już nigdy mieli nie puścić.
Oczywiście, flet nie był zaczarowany i ta iluzja czaru któregoś dnia prysła. Nie tak od razu. Najpierw pojawiły się rysy, jedna za drugą, aż przerodziły się w pęknięcie – duże i niebezpieczne, ale wtedy jeszcze wydawało się do naprawienia. Hrist odeszła za innym mężczyzną, nawet się za nimi nie oglądając. Brall ciężko to znosił, wszyscy to widzieli. W jego codzienność wdarło się roztargnienie i nerwy, które puszczając, najmocniej uderzały w jego własną córkę. Nienawidził siebie za to, staczał się coraz niżej, choć Sidrif robiła co mogła, aby pomóc na statku i go rozweselić. Minął rok. Miała czternaście lat. Wysłał ją po sprawunki do miasta; parę niewiele znaczących rzeczy.
Już kiedy wchodziła na statek, wiedziała, iż coś było nie tak. Powietrze zrobiło się chłodniejsze, a na pokładzie panowała cisza. Gapili się na nią, gdy szła z torbami w stronę kajuty kapitana. Ścierali już jego krew, a broń, którą wepchnął we własne gardło, odłożyli na bok. Zastanawiała się, jakie to uczucie. Być tak skrzywdzonym, by odebrać sobie własne życie, bez względu na dziecko. Widziała, co działo się z ojcem, ale łudziła się, że nie opuści jej tak, jak matka. Czy czuło się wtedy ból? Czy trudność oddychania tak skupiała uwagę, że to nie docierało? A może wszystko przychodziło jak fala i zalewało? Ile to mogło trwać? Jak długo się męczył?
Załoga żałowała człowieka, ale nie kapitana – tym już dawno przestał dla nich być. Stracili jakikolwiek szacunek do Bralla, opuściły ich też skrupuły wobec jego córki, toteż wyrzucili ją na zbity pysk, nie martwiąc się tym, jak sobie poradzi. Rif nie wierzyła, że po raz trzeci patrzyła na twarze osób niegdyś śmiejących się z nią, noszących ją na barana, grających z nią, a teraz nie poświęcających jej nawet drugiego spojrzenia, jakiejkolwiek skruchy czy zażyłości. Bez emocji przeszli nad wszystkimi wydarzeniami do porządku dziennego. Tylko jeden Kramon, chłopiec okrętowy, niewiele starszy od niej podbiegł do sterburty i prawdziwy żal wykrzywiał jego oblicze. Sidrif zacisnęła wtedy usta i miała odejść, ale on rzucił mop i zbiegł za nią. Na Aarinie i tak go nie doceniali.
Chodzili od portu do portu, szukając kogokolwiek, kto by ich przyjął, ale wszyscy wybuchali śmiechem, nim Rif skończyła mówić. Wściekłość dziewczyny poprowadziła ich kroki do ciemniejszej strony Svahildru – podniebnych piratów. Tam, choć nadal się z nich śmiano, jednocześnie chwalili ich tupet, aż trafili na pirata, któremu bezczelność Sidrif zaimponowała na tyle, by ich przyjął. Robota na takim statku i z taką załogą była ciężka, niebezpieczna i często krwawa, co otwierało dziewczynie oczy na wiele spraw. Tutaj już nie uwierzyła w lojalność ludzi – i słusznie, bo kapitanowi wbito sztylet w serce. Ich dwójka trzymała się na boku i starała nie wnikać ani nawet nie słuchać konfliktów czy kłótni. Minęły wtedy trzy lata, zdobyli kolejne umiejętności, łatwiej dostali się na inny statek. Wtedy to w jednym z ograbianych grobowców w ręce Rif wpadła mapa do wielkiego magicznego artefaktu. Nie umiała jeszcze jej dobrze zinterpretować, bo pełna była szyfrów. Nie chciała też, aby trafiła do nieodpowiednich osób, dlatego ukryła ją głęboko w swoich rzeczach i nie spojrzała na nią przez kolejne trzy lata. W tym czasie zginął ich kapitan, powstały zamieszki i razem z Kramonem doszli do wniosku, iż przyszedł najwyższy czas, aby sami dobrali swą załogę. Przeglądając swoje rzeczy, by sprzedać te zbędne, rozwinęła mapę na antycznym pergaminie, powziąwszy postanowienie, że wyruszy tam ze swoimi ludźmi, kiedy zdobędzie wystarczające doświadczenie. Mogła nie umieć jeszcze odczytać do końca rysunków, ale wiedziała jedno – podróż tam nie będzie łatwa.
Dodaj komentarz