Autor: Arbi

  • Phaner+Lunne

    Pot spadał nieregularnymi kroplami na czarną glebę, wsiąkając w promieniach wschodzącego słońca. Phaner otarł czoło, zostawiając na nim ciemne smugi i usiadł zmęczony, plecami spoczywając na owocowym drzewie. Spojrzeniem wodził za niepozornym, brązowym ptaszkiem poszukującym smakołyków na trawie tuż za granicą ogródka. Czarne jak noc oczy skierowały się w jego stronę, a Phaner uśmiechnął się w odpowiedzi. Jego klatka unosiła się i opadała w nieregularnym rytmie; próbował jeszcze złapać oddech po intensywnym zrywie pracy. Czuł pot spływający mu po plecach. Powinien wstać i pójść do rzeki się obmyć. Jeszcze chwilę jednak. Nie zamknie oczu, bo zaśnie, ale jeszcze parę chwil…

    Ptak wzleciał nagle w powietrze z cichym szelestem skrzydeł i za moment Phaner znów siedział sam w ogródku. Podniósł się, ignorując ból kolana i poszedł zmyć z siebie brud i smród.

    Rzeka płynęła zaraz za domem. Trzeba przejść paręnaście kroków, by dotrzeć do zbocza. Paroma wygładzonymi kamieniami można bezpiecznie zejść do jej koryta. Nie była głęboka, ani specjalnie wartka. Idealna dla ich potrzeb. Obok zejścia stał wbity w ziemię drewniany parawan, który Phaner zrobił dla komfortu Lunne. Z okien domu dało się doskonale dostrzec rzekę i choć wcześniej im to nie przeszkadzało, odkąd mieszkali we trójkę, Lunne potrzebowała trochę prywatności. Czasem pozwalała mu dołączyć lub chociaż usiąść na brzegu i zagrać dla niej spokojną melodię.

    W dni takie jak ten, kiedy wschodzące słońce obmywało go swoim ciepłem razem z rzeką, tęsknota za ukochaną stawała się nieco łatwiejsza do zniesienia. Przecierając zadrapania, oparzenia i zacięcia, myślał o tym, czy zdążą się zagoić zanim znów ją zobaczy. Z niektórych co świeższych krew mieszała się z wodą, zmieniając kolor na różowy, aż znikła zupełnie wraz z nurtem. Jeszcze pozwoli sobie na parę sekund pieszczenia skóry przez słońce, parę chwil przymkniętych oczu, z których mogą polecieć łzy.

    Zarzucił na siebie pozostawioną wcześniej na parawanie tunikę, a ubrane poprzednio ciuchy i buty chwycił do rąk. Ruszył boso po kamieniach, po trawie do domu. Deski na ganku były jeszcze całkiem chłodne po nocy. Zobaczył, że znowu ta jedna się wygina i lada moment będzie chodziła luźno. Zaklął sobie cicho pod nosem. Co jest nie tak z tą deską?

    W środku zawiesił garnek nad paleniskiem, by podgrzać wczorajsze śniadanie i przebrał się w świeże rzeczy. Gotowy w zasadzie do wyjścia, zaszedł do mniejszego pokoju, wypełnionego paroma niezbędnymi meblami i kilkoma dodatkowymi – obok szafy mieścił się ogromny regał od podłogi do sufitu, pod oknem stała komoda wypełniona różnymi przyrządami, a przed dwoma pojedynczymi łóżkami postawiono po kufrze. Na jednym z łóżek leżała zwinięta w pościel kulka.

    Słysząc skrzypienie drzwi, wnętrze kulki uchyliło rąbek skorupki i wyjrzało poza nią parą bursztynowych oczu, takich samych jak Phanera.

    – Już czas na śniadanie? – Przytłumiony głos dobiegł z wnętrza kulki.

    – Już prawie. – Phaner klęknął przy łóżku syna i odkrył delikatnie kołdrę, by móc położyć dłoń na jego czole. – Jak się dzisiaj czujesz?

    – Lepiej.

    – Lepiej generalnie czy lepiej, niż wczoraj?

    Phaner uniósł i rozprostował obie dłonie, rozstawiając szeroko palce. Leo wyciągnął rękę i zagiął wszystkie palce poza małym u jego prawej dłoni. Phaner czuł się, jak gdyby połknął kamień, ale uśmiechnął się tylko i przeczesał miękkie, rude włosy syna.

    – Wybierz sobie książkę na dziś. – Wskazał jeden z wielu stosów pod przeciwległą ścianą. Książki już dawno przestały się mieścić na półkach, chłopak za szybko je czytał. Mieli wymyślić sposób na ich przechowywanie, ale póki co bezskutecznie. – Te cztery z wierzchu dostałem przedwczoraj od Meaulle. Pójdę coś przygotować dla ciebie, może jeszcze zejdziemy o palec albo dwa. – Na jękliwe protesty dziecka chwycił go za ramię i potrząsnął delikatnie. – Już, już. Wstawaj.

    Zamknąwszy za sobą drzwi, oparł się o nie i zacisnął mocno nasadę nosa. Parę chwil na poradzenie sobie z falą bezradności, kilka głębszych oddechów i mógł wrócić do zadań. Stanął przed  regałem w kuchni, gdzie trzymał wszystkie swoje zioła, wywary i preparaty. Zajrzał do swoich notatek, przypiętych na ścianie na gwoździu, próbując sobie przypomnieć proporcje.

    Jeszcze mieszał to wszystko ze sobą i odcedzał, kiedy Leo kończył jeść śniadanie. Wiedział, że obserwuje go uważnie, więc bardzo ostentacyjnie dodał do specyfiku solidną łyżkę miodu.

    – Wybrałeś książkę?

    – Tak. „Stare baśnie i legendy”.

    Baśnie i legendy…? Phaner zmarszczył brwi. Meaulle jeszcze nigdy nie wręczyła mu nic, co tak blisko ocierałoby się o mitologię, ale może chciała pozbyć się tej księgi. Nie poświęcając temu więcej uwagi, przelał ukończony wywar do flakonika, zakorkował i wsadził bezpiecznie do swojej torby z niezbędnymi rzeczami.

    Stanęli przed drzwiami frontowymi i swoim zwyczajem przeciągnęli się długo, wzdychając z zadowoleniem po wszystkim. Phaner przyklęknął, opierając swój ciężar o wielki podróżny kij, z którym się nie rozstawał.

    – Wskakuj – polecił synowi, a ten posłusznie wdrapał się na jego plecy. I jak co drugi dzień, ruszyli do miasta wśród cichych, kojących śpiewów Phanera.

    Sabini rzuciła Phanerowi wymowne spojrzenie, wciskając pod blat nową beczkę piwa.

    – Poważnie?

    Phaner nie musiał odwracać głowy w jej stronę, bo doskonale wiedział, skąd brało się jej oburzenie. Podał kelnerce dwa kufle i trzy miski zupy z szerokim uśmiechem i dopiero wtedy odwrócił się do szefowej. Sabini nie lubiła, kiedy robił w kącie baru legowisko dla Leo, bo choć nikomu nie przeszkadzał i czytał jedynie w ciszy, powtarzała, że niektórzy klienci kręcą na to nosem. Phaner nie do końca uważał to za poważny problem, bo większość tutejszych bywalców to stali klienci, a ci napływowi widząc, jak ich dwójka oraz reszta obsługi jest traktowana, wie jak ma się zachować. Niemniej, to on był skromnym barmanem i sporadycznym bardem, więc nie miał co chojraczyć.

    – Ciężka noc za nami, Sabi – wyjaśniał jej przyciszonym głosem. Widział, jak kątem oka zerka na jej syna. – Niedawno skoczyła mu znów temperatura, muszę go mieć na oku.

    Sabini była niewysoką, ale mocno zbudowaną kobietą, silniejszą od wielu chłopów przychodzących do jej karczmy. Wszelkie spory rozwiązywała osobiście. Mimo ciemnych włosów, gęstych brwi i najczęściej zaciśniętych ust nadających jej twarzy groźnego wyrazu, każdy kto ją trochę lepiej znał, wiedział, że w środku to ciepła kobieta, szanująca swoich pracowników i klientelę, jednocześnie nie dająca sobie wejść na głowę. Krótko ujmując, otrzymywała powszechny szacunek.

    W tej chwili westchnęła ciężko, ramieniem opierając się o blat, a drugą rękę na biodrze. Drewno zaskrzypiało pod naporem.

    – Jakieś postępy w tej kwestii? – zapytała równie cicho, by Leo nie usłyszał.

    Phaner pokręcił głową, po czym wzruszył ramionami.

    – Co nie wymyślę, zaraz traci efekt. Muszę próbować z dodatkowymi aromatami, bo ostatnim razem na sam zapach wywaru zaczął mi tak wymiotować, że myślałem, że wnętrzności wypluje – opowiadał o tym rzeczowo, myślami wędrując do Lunne, w sekrecie poszukującej skutecznego lekarstwa. Chciałby ją już zobaczyć.

    Sabini poklepała go po ramieniu.

    – Dziś ma być znów chłodniejsza noc. W razie co, na zapleczu jest gruby koc – rzuciła do niego, nim odeszła zająć się swoimi sprawami.

    Phaner odprowadził ją wzrokiem.

    – Halo?! Dostanę to wino?!

    Słysząc napastliwe nawoływania klienta, Phaner uśmiechnął się szeroko, przepraszając i wrócił do pracy. Dziś jeszcze nie pojawił się nikt, kto mógłby mu w jakikolwiek sposób pomóc. Kiedy Patri, drugi kelner, zjawił się po zamówienie, Phaner zatrzymał go na moment.

    – Jak wczoraj? Słyszeliście coś może?

    Wiedział, że bez sensu pytać. Gdyby cokolwiek usłyszeli, już by o tym wiedział. Patri nawet nie musiał odpowiadać, widział po jego przepraszającej minie, że nic z tego. Chyba tęsknota ciążyła mu coraz bardziej, bo nie potrafił wykrzesać z siebie nawet swojego pokazowego uśmiechu. Patri mignął mu rękoma, że będzie miał oczy i uszy szeroko otwarte, położył przelotnie dłoń na jego policzku w pocieszającym geście, po czym odwrócił się, zabierając pełną tacę.

    – Tato?

    Phaner kucnął przy synu, dotykając jego czoła, ale temperatura na szczęście się unormowała.

    – Nauczysz mnie, jak rozmawiać z Patrim?

    Phaner potrzebował chwili, by zrozumieć o co Leo pytał.

    – Chcesz nauczyć się migowego?

    – Nigdy nie wiem, co Patri mówi. Trochę się domyślam, kiedy rozmawia ze mną, ale robi to zupełnie inaczej, niż z tobą.

    – Porozmawiam z nim. Może znajdzie dla nas czas.

    – Dzięki.

    Uśmiechnął się szeroko. Nie miał pojęcia, skąd jego syn potrafił nadal czerpać tyle ciekawości do świata i ludzi, pomimo wszystkich trudności i całego bólu, jakiego doświadczał. Wiedział jedynie, że ani on, ani Lunne nie spoczną, dopóki nie odmienią jego życia.

  • Farid Al’Jafar

    – Dobrze się bawisz?
    Młoda, potężna kobieta siedziała na równie potężnym fotelu, wachlując się także potężnym wachlarzem, rozwiewającym mimo tego niemrawo jej ciężkie, białe loki. Minę miała co najmniej niezadowoloną, choć wokół niej stała trójka służących, każde z innym zadaniem – jeden z nich, smagły chłopiec o przystojnej twarzy i spiętych do tyłu włosach podawał jej owoce prosto do ust; drugi przejmował od niej wachlarz i machał nim, kiedy tylko sobie zażyczyła; trzecia była młódką, stojącą po prostu za nią i czekającą na polecenie, ubraną na tyle skromnie, by nie razić oczu. Farid wziął talerz winogron od pierwszego chłopca, odłożył go na stolik. Następnie przejął wachlarz na własny użytek. Nie dało się nie wspomnieć, iż przyrząd ten miał wspaniałe, eleganckie szycie najwyższej jakości. Otwierał się łatwo, a zamykał z atencyjnym hukiem. Farid obejrzał go uważnie, nim wydał z siebie pomruk aprobaty, po czym odpowiedział:
    – Wybitnie, kuzynko. Jak nigdy wcześniej. – Poczęstował ją szerokim uśmiechem i ukłonem, spodziewając się końca rozmowy, jednak ona ciągnęła dalej:
    – Mam nadzieję, że korzystasz. To może być twój ostatni taki bal.
    Jego uśmiech nie drgnął nawet na moment. Wyprostował się jedynie, a brwi wygiął w pewnym politowaniu.
    – Och, kuzyneczko. Nikt nie popełni znów tego błędu. – Nachylił się do dziewczyny, owiewając ją ciężkim zapachem orientalnych perfum i ledwo wyczuwalną wonią spalenizny. Widowiskowo rozłożył wachlarz, kryjąc za nim ich twarze. – Zamiast pleść jęzorem po próżnicy, zrobiłabyś ze swoich pełnych usteczek lepszy użytek. Pan w rogu się niecierpliwi.
    Ukłonił się znów teatralnie, zginając w pół i tym razem oddalił, nie chcąc wysłuchiwać kolejnych bzdur. Skierował się do ogrodu, intensywnie pachnącego kwitnącymi o tej porze roku roślinami. Tej wiosny rosły wyjątkowo bujnie, grube gałęzie uginały się pod ciężarem owoców, a ich korony barwiły piękne barwy kwiecia, kryjącego zielone listowie. Farid zaciągnął się parnym powietrzem, rozglądając wokół. Większość gości skryła się przed słońcem w chłodnych murach willi, a w labiryncie krzewów spacerowały głównie pary. Wśród nich dostrzegł jednego ze swych starszych braci wraz z piękną małżonką. Zrywał dla niej kwiaty z drzewa. Farid wywrócił oczami. Uważając na szaty, przeszedł przez gąszcz ogródka i dalej, ku granicom posiadłości. Tam, na samym końcu, rosło niewysokie, rozłożyste drzewo, formujące się w kapelusz. Mężczyzna lubił tam przebywać i myśleć, że padający na niego cień rzucany jest przez tarczę, chroniącą przed wszelkimi troskami. I dziś tam zasiadł, na żywo zielonej trawie. Nieraz proponowano, by postawić tu ławkę, lożę, ale on z każdym takim pomysłem walczył zawzięcie. Choć cenił wygody, to miejsce w swej beztroskiej formie podobało mu się najbardziej.
    Obserwując ze szczytu wzgórza rozłożone u jego stóp miasto, Farid myślał o tym, że niedługo je opuści, nie wiedząc, kiedy miałby wrócić. Kochał swój kraj, jego klimat i wynaturzenia, ale nie odczuwał smutku na nadchodzącą podróż. Ni za miastem, ni za willą. Zwłaszcza za willą. Być może na ten fakt zasmuciłby się bardziej, gdyby nie to, że pogodził się z tym lata temu. Obejrzał się na budynek wznoszący się za jego plecami. A gdyby… Nie wrócił wcale? Co go tu trzymało? Absolutnie nic.
    Nad jego głową zaćwierkał natarczywie ptak, nieduży o rubinowym pierzu i kontrastujących z nim złotych oczach. Patrzył na niego z góry, z dezaprobatą. Farid uśmiechnął się. Czas na niego.
    To zły pomysł, szeptał głos w jego umyśle. To nie twoja decyzja.
    – Zobaczysz – odpowiedział mu na przekór. – Dokonam tego.

  • Laenna

    –    Widzisz?
    Tata uniósł na wysokość jej oczu delikatny pierścień. Wyglądał bardzo niepozornie – prosty wzór, kilka listków i trzy kamienie. Laenna jednak wystarczająco obracała się wśród wyższych elit, by poznać mistrzowsko wykonane przedmioty. Biżuteria bujała się na boki, zwieszona ze sznurka, ale gdy wyciągnęła do niej dłoń, ojciec prędko ją zabrał.
    –    Ladny, prawda? – Złożył ostrożnie pierścień w kamiennym pudełku wyłożonym śliskim materiałem. – Niepozorny. Takie są najbardziej niebezpieczne, bo usypiają twoją czujność.
    Mimo wyraźnej przestrogi w głosie, kąciki ust taty unosiły się w uśmiechu, a oczy przepełniała ekscytacja i fascynacja.
    –    Co robi ten pierścień, tato?
    Manipuluje snami. Są dwa pierścienie, niestety nie odnaleźliśmy jeszcze bliźniaczego. – Spojrzał na córkę surowo. – Dlatego pod żadnym pozorem nie wolno go ruszać, rozumiesz? Nie wiemy, czy drugi pierścień leży gdzieś w mule czy może jest w czyimś posiadaniu. Jest na ten moment niebezpieczny.
    –    Tato, a to magiczny przedmiot czy artefakt?
    –    Chciałabyś wiedzieć, co? – przekomarzał się z nią, zajęty przekładaniem pergaminów z miejsca na miejsce, ani trochę nie zmieniając stanu bałaganu wokół.
    –    Powiedz, proszę!
    –    Artefakt – oznajmił, z rozbawieniem patrząc, jak twarz córki się rozpromienia. – Chcesz usłyszeć mit jego powstania?
    –    Już poznałeś?! – zawołała Laenna z podziwem.
    –    Tutaj jesteście.
    Do pracowni weszła mama. Miała na sobie strój, który zawsze zakładała przed pracą – miękki, opinający materiał, chroniący skórę przed metalem zbroi. Na twarzy z kolei nosiła uśmiech, ale krył się pod nim strach i rozgoryczenie. Laenna tego jeszcze wtedy nie widziała.
    –    Tata właśnie mi opowiadał o ostatnim znalezisku – pochwaliła się wesoło, podbiegając do matki.
    –    Ach tak?
    Tata widocznie się spiął, udawał znów, że sprząta, unikając kontaktu wzrokowego z żoną.
    –    A to nie twój czas na zajęcia z czytania, skarbie?
    Laenna jęknęła przeciągle, ale oddaliła się bez dalszej dyskusji. Matka natychmiast porzuciła grymas z twarzy, zostawiając na niej jedynie smutek. Podeszła do męża i położyła delikatnie dłoń na odwróconych do niej plecach.
    –    Wiem, co chcesz powiedzieć – zaczął, nim powiedziała choć słowo.
    –    Skoro wiesz, to dlaczego nic się nie zmienia? – odpowiedziała cicho, drugą dłoń kładąc na wydętym brzuchu.
    –    Dobrze wiesz, dlaczego. Nie zgadzam się z tobą.
    –    Nie zgadzasz się, że powinniśmy je chronić?
    –    Zawsze przekręcisz moje słowa tak, by wyszło na twoje.
    Ojciec odwrócił się raptownie, brwi miał mocno ściągnięte. Jednak na widok zmartwionej przed nim twarzy zaraz złagodniał. Jego wzrok powędrował niżej, do miejsca, gdzie powstawało nowe życie. Klęknął przed żoną i objął ją, przykładając ucho do jej brzucha.
    –    Uważam, że zasługują na pełną ochronę. I na lepszy świat.
    –    Kto mi zagwarantuje, że pełen świat będzie lepszy?
    –    Kochanie… – Wstał, patrząc tym razem jej prosto w oczy. Ścisnął mocno ramiona żony. – Nie widzieliśmy słońca od ilu pokoleń? Jak bardzo nasze ciała będą w stanie się jeszcze dostosować? Kiedy staniemy przed granicą pomysłowości wynalazków by zrozumieć, że nie jesteśmy stworzeni dla tego wycinka?
    –    Co jeśli ten wycinek to jedyne, co jest nam dane? – Tym razem to matka ścisnęła nadgarstki męża. – Co jeśli scalenie nie jest możliwe?
    –    Jeśli coś zadziałało w jedną stronę, w drugą również musi – odpowiedział ze stalowym przekonaniem. – A ja będę szukał na to sposobu, aż znajdę. Nie będę zabraniał Laennie tu przychodzić. Największym niebezpieczeństwem jest niewiedza. Sama o tym doskonale wiesz, dlatego jej też nie zabroniłaś.
    –    Nie chcę, by się buntowała. – westchnęła mama. – Zakazy wywołują w niej wewnętrzny sprzeciw. I na pewno nie ma tego po mnie – dodała, lustrując męża potępiającym wzrokiem.
    –    Może i nie, ale upór ma z całą pewnością po tobie – zripostował, opadając na fotel. Palce chodziły mu stuk, stuk po blacie biurka niecierpliwie, czoło marszczyło w głębokim zamyśleniu. Matka wiedziała, że musi pozwolić błądzić jego umysłowi, aż wróci do niej i podejmie wątek. Czekała cierpliwie, bo nie spieszyło jej się zanadto. – Jesteśmy blisko przełomowego odkrycia. Czuję to, serce.
    –    Inni też to muszą czuć. – Obejrzała się przez ramię, jak gdyby wrogowie zbierali się w korytarzach ich domu.
    Ojciec zauważył spięcie mięśni jej ramion, sylwetkę lekko pochyloną, gotową w każdej sekundzie na podjęcie walki, odparcie ataku. Pochwycił dłoń żony i przyłożył do swojego wolno bijącego serca. Tkanina ochronna, obejmująca również palce, była zimna i wroga w dotyku. Nie wycofał się jednak przed tym ruchem.
    –    Jak wyglądają sprawy za murami? – choć zapytał, nie chciał słyszeć odpowiedzi. Wystarczyło mu zmartwienie w zielonych oczach żony, by poznać sytuację.
    –    Zaostrzają się konflikty. Kolejne morderstwa na granicach, które nie powinny istnieć. – Wzrok matki powoli wrócił do męża; wolną, lewą dłoń złożyła na jego policzku, a każdy wzgórek i linia wpasowały się w kształt jego twarzy, jakby zostały wyciosane z jednego kamienia. Rastrę miała zaciągniętą jedynie na kciuk wiodącej ręki, toteż mogła przesunąć palcem po skórze ukochanego i wyczuć jego temperaturę i skórę podrażnioną od łażenia po nieprzyjaznych ruinach. – Obawiamy się, że lada moment to eskaluje. Brakuje tak niewiele, a wiemy o podżegaczach, samozwańczych wyzwoleńcach od opresji, jakie sami stworzyli. Czujemy się bezradni. Sprawa jest tak delikatna jak nigdy. Tymczasem król zdaje się pakować wszelkie zasoby i całą swą uwagę na poszukiwania graala.
    Nie dziwiła ojca gorycz w jej głosie. Jeśli dojdzie do otwartych walk lub ludzie postanowią natrzeć na pałac, ona będzie musiała zwrócić swoją włócznię przeciwko tym, których przysięgała chronić. Jej awans do królewskiej gwardii pojawił się później, początki zakorzeniły ją mocno w szarej populacji, a matka nigdy nie zapomniała, skąd pochodziła.
    Ucałował wnętrze jej dłoni i puścił ją, bo tak było trzeba, choć całym sobą przed tym protestował. Niepokój ściskał mu wnętrzności, ale nie mógł mu się poddać. Obrzydliwą hipokryzją byłaby próba gry na jej uczuciach, wstrzymywanie jej, podczas gdy ona znosiła te męki miesiącami jego wędrówek archeologicznych.
    –    Bądź ostrożna, serce – powiedział więc tylko, oczami przekazując wszystko to, czego słowami sobie zabronił.
    Zawahała się tylko na ułamek sekundy. Krótki moment, kiedy zapragnęła zaszyć się tu z nim w jego gabinecie, zupełnie jak w latach, kiedy dopiero się poznawali i brakowało im ciężkich trosk. Na więcej nie mogła sobie pozwolić, nie ufała sobie na tyle. Odwróciła się na pięcie i odmaszerowała żołnierskim krokiem, trzymając prawą dłoń na brzuchu. Już niedługo nie będzie w stanie przybrać zbroi. Do tego czasu jednak zrobi wszystko, by dziecko nie urodziło się w środku wojny.

  • Ri’luan Ro’huan

    Wojna. Kiedyś to słowo nie miało żadnego znaczenia. Rodzice często rzucali nim podczas rodzinnych spotkań, kiedy to dyskutowali o polityce. Dziesiątki pokoleń temu część naszej rasy musiała przenieść się na sąsiednią, bliźniaczą planetę Lagoleię, naszej rodowitej Yalvirii. Lata temu „nasi” ludzie, z Lagolei, rozpoczęli tworzenie własnych praw, bardziej liberalnych od pierwotnych, przyniesionych z Yalvirii. Nastroje zaczęły się zaostrzać, kiedy nasza planeta podjęła kroki ku niepodległości. Kontrakt wiążący nas z Unią wisiał na włosku, coraz częściej dało się zaobserwować agresywne ruchy, początkowo pojedynczych grup, później rosnących w siłę. Cierpieli niewinni ludzie, cierpiała gospodarka i polityka zewnętrzna. Sankcje uderzyły mocno w obie planety.
    Miałam wtedy piętnaście lat, starszego brata i dwie siostry i młodszego braciszka, którego matka wyciągała z domu płonącego od niegasnącej substancji. Umierała pół dnia, ciężko walcząc o życie, ale ostatecznie przegrała. Miejscami skóra stopiła jej się do kości. Nie było dla niej ratunku. Uratowany Seshuan został oszpecony, ale przetrwał i miał się dobrze te dwa lata temu, kiedy ostatni raz się z nim kontaktowałam.
    Nawet wtedy wojna jeszcze nie „wybuchła. Nadal tliła się drobnym płomieniem w kontrolowanym środowisku, nad którym tańczyli politycy obu planet, każdy z kanistrem benzyny. Kto pierwszy opróżni go na palenisko? Jak daleko są w stanie się posunąć? Jak bardzo jesteśmy gotowi do obrony i ataku? Okazało się, że niewiele. Uświadomiła nam to bomba, zrzucona w rok moich osiemnastych urodzin na stolicę Alyki. Trzydzieści procent ludności udało się ewakuować. Pięć procent znajdowała się poza nią. Sześćdziesiąt pięć zostało unicestwionych.
    Wszyscy garnęli się do walki, nawet ci, którzy nie mogli ani nie powinni. Ojciec się zgłosił. Moje starsze rodzeństwo. Wielu moich przyjaciół nie ukończyło nauki, by wesprzeć walkę. Ja chciałam jednak robić to lepiej i później moje wykształcenie z inżynierii okazało się niezbędne przy szpiegostwie, w którym uczestniczyłam. Ciężkie, stresujące, krwawe lata. Miało być tylko gorzej. Toczyliśmy się w dół zbocza ku zagładzie i nikt nawet nie spodziewał się ujrzeć wzgórza.
    Wpadłam w pułapkę. Żałośnie prostą. Mechanizm, który pozwalał moim nogom pędzić z prędkością do dwustu kilometrów na godzinę nie był kompletny. Nie obejmował całego ciała. Rozpiętą metalową linę zauważyłam w ostatniej chwili. Uchyliłam się, ale odcięło mi rękę w połowie ramienia. Ból nie dotarł od razu. Najpierw straciłam równowagę. Sto kilometrów na godzinę, łupnęłam o gruz. Głowa była chroniona, reszta ciała niewystarczająco. Uszkodzony kręgosłup pozbawił mnie władzy w nogach. Widziałam, jak po mnie szli. Krzyczałam z całych sił, nie pamiętam, czy z bólu czy o pomoc. Mój krzyk niósł się przez opuszczone budynki. Jeden z nich był bliżej, z perwersyjną radością zacisnął mi dłonie na gardle. Byłam pewna, że oderwie mi głowę od reszty ciała. Na skraju świadomości usłyszałam strzały, ciężar mężczyzny przygniótł mnie, wywołując falę potwornego bólu, a ten pociągnął za sobą błogie omdlenie.
    Dzień później znajdowałam się w szpitalu. Nie potrafili nic pomóc z moim bezwładem nóg, ale obiecali odzyskać moją rękę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mieli na myśli stworzenie nowej, a nie zszycie własnej. Nie byłam ani pierwszą, ani ostatnią potrzebującej mechanicznej, sprawnej protezy.  Wojsko zasilało mnóstwo takich jak ja. Okaleczonych. Proces gojenia jednak trwał długo, a łączenie z maszyną bolesne i miałam się za najbardziej przeklętą osobę na tej planecie. Nogi radziły sobie wraz ze starym mechanizmem, ale przestały cokolwiek odczuwać. Ciepło. Zimno. Dotyk. A głos? Cały czas myślałam tylko o tym, że nie zaśpiewam już więcej z siostrami. Zamontowali mi roboczy syntezator mowy, skrzeczący jak nienaoliwiona maszyna.
    Złapaliśmy ważnego informatora. Mieli zainstalować mój urządzenie pozbawiające wolnej woli, ale najpierw musiało ono do nas dotrzeć. Podczas tych dni oczekiwania skontaktowali się ze mną wrogowie. Świetnie szyfrowane, ukryte połączenie. Chcieli ode mnie lokalizacji ich jeńca w zamian za życie każdego z mojej rodziny. Pokazali mi zdjęcia ze swoimi tajniakami, czającymi się jak cień za moimi najbliższymi. Nagranie, jak jeden z nich podaje mojej siostrze napój, a ona bierze go niedbale i bez zastanowienia pije. Uśmiech. Nie wątpiłam, że zdołają do tego się posunąć. Straciłam już matkę i nie mogłam stracić nikogo więcej. Starałam się zatrzeć za sobą jak najwięcej śladów, przekazując im informację, ale rok później okazało się, że niewystarczająco.
    Mówiono, że osiągnęliśmy kompromis, ale to gówno prawda. Straciliśmy wiele, a później poświęciliśmy jeszcze więcej dla porozumienia. Okrzyknięci jeszcze niedawno bohaterami narodu, stali się przestępcami, skazywanymi na śmierć lub wygnanie. Ważne osoby rozpływały się w powietrzu, tracąc za sobą jakikolwiek ślad. Unia dawno się od nas odcięła. Lagoleia podnosiła się z kolan, ale ogromnym kosztem, ekonomicznym, ale przede wszystkim moralnym. Dawne idee uległy wypaczeniu, tragicznie umniejszając dopiero co przebytej wojnie wartości.
    W ten sposób i wylądowałam na odludnej stacji badawczej w czarnej dupie kosmosu. Zdawałam nic nie warte raporty pod groźbą śmierci. Któregoś dnia zbrzydło mi takie życie i uciekłam przy pierwszej okazji, licząc w sercu na to, że kiedyś wrócę do ojczyzny i do mojej rodziny, a wojna znów stanie się lekkim słowem podczas obiadowej dyskusji, a nasz świat będzie taki, o jaki walczyliśmy.

  • Samir Shazim

    Samir Shazim kiedyś był jedynie Samirem. Choć może trafniej brzmiałoby – . Mieszkał ze swoim plemieniem i jak każde z nich na Bezdrożach, przemieszczał się często,  zostawiając za sobą wszystko, czego nie zdołał unieść. Wchodził w konflikty z innymi plemionami, walcząc z rodzicami, siostrą, bratem i pozostałymi ramię w ramię. Młody, silny, bystry. Czasem zbyt niepowściągliwy – to właśnie go zgubiło w osiemnastym słońcu życia. Matka wypominała mu to wiele razy, ojciec karał boleśnie za każdy niemądry żart, wszelkie bagatelizowanie. Poważna starsza siostra patrzyła na niego z góry, ale Samir nic sobie z tego nie robił. Twierdził, że w ten sposób wprowadza kolorytu do ich stonowanego świata brązu i beżu. Mimo posiedzeń przy ogniu w każdą noc wśród śmiechu, widział towarzyszące temu zmęczenie w oczach, zmęczenie i ulgę – oto przeżyli kolejny dzień. Nie dali się piekącemu słońcu, gruboskórnym jaszczurom, ruchomym piaskom. Przetrwali. Świętowali. I choć cieszyli się każdą drobną rzeczą – były na wagę złota na Bezdrożach – to uporczywie trzymali się tradycji, przekonań, zamykali swe umysły w klatkach, podczas gdy ciała wędrowały swobodnie. Samir podążał za nimi, bo kochał swoją rodzinę i szanował ją, ale brakowało mu tego samego respektu do zasad, jakimi się ograniczali. Dlatego opowiadał niesmaczne dowcipy, urządzał dziwne zabawy, traktował lekko ich prawa – dążył do konfrontacji, do starcia poglądów i udowodnienia, że pomimo swego młodego wieku wiedział lepiej.
    Zgłosił się na Poszukiwacza, by móc czasem oderwać się od sztywnych ram plemiona. Ich poprzedni hazun zaginął – co na Bezdrożach traktowano jako śmierć – i plemię niezwłocznie potrzebowało nowego na jego miejsce. Chociaż większość wydobytego kryształu sprzedają, gdy zawędrują w pobliże miasta, to część przetwarzają na swój użytek – głównie na lampy i kręgi ochronne. Bez tego ciężko przeżyć ludom mieszkającym w dziczy, choć wtedy Samir nie poświęcał temu swojej uwagi. Interesowało go tylko to, by uwolnić się od swojej rodziny i pójść nowymi drogami, testując swoją wytrzymałość i siłę.
    Razem z Sirwanem, ich allą, przemierzyli kawał drogi, aby dotrzeć do nowego źródła kryształu. Jego ścieżka okazała się dłuższa i bardziej kręta, niż Samir przypuszczał. Kiedy wreszcie dotarli do złoża i Sirwan zabrał się do pracy, Samir oddalił się, chcąc rozejrzeć się po okolicy i upewnić, że nie groziło im niebezpieczeństwo. Na szczęście baldachimy skał ich dobrze ukryły, bo nieopodal stacjonowało wrogie im plemię. Wśród nich właśnie poznał dziewczynę, która straciła dla niego głowę. Zaś kiedy ich związek wyszedł na jaw, a ją schwytano – Samirowi udało się uciec – rzeczywiście straciła głowę. Miała szesnaście słońc, on osiemnaście.

  • Sheilya Ma’alik

    Ród Ma’alik (w pradawnym języku: piękna śmierć) był jednym z najstarszych, jakie jeszcze istniały. Od korzeni, przez pień, aż do gałęzi, wszystkie pokolenia łączyły dwie cechy: olśniewająca, jasna uroda oraz przebiegłość, pozwalająca im wyjść z najgorszych opresji, choćby i kosztem innych. Stąd w ich herbie znalazł się jeden z najbardziej jadowitych gatunków żmii, echis, układający się we wzór czterolistnego kwiatu miliany, symbolu piękna i niewinności. Mówiło się o nich, że potrafili przeżyć jego ukąszenie. Ponoć nawet Pierwszej z Rodu to się przydarzyło. Według szeptanych baśni spędziła miesiąc w łóżku, ciężko chora, aż jednego dnia po prostu wstała, jak nowo narodzona. Być może to stąd w rodzinie tej utarło się, że kobiety nią rządziły, kobiety także głównie się rodziły. Znajdowały sobie co lepszych kandydatów, lecz nie wiązały się z nimi na stałe. Uważały to za zbędne zniewolenie, zarówno cielesne jak i umysłowe. Jeśli któraś w ich rodzinie pragnęła ślubu, wyśmiewały ją, a dawniej nawet wydziedziczały. Spotkało to matkę Sheilii – odeszła z ukochanym, ale gdy rodziła dziecko, wróciła do rodziny i ubłagała, żeby ją wychowali pod swoim nazwiskiem. Zmarła przy porodzie, a mężczyzna zniknął, co tylko potwierdziło słuszność przekonań Ma’alik. Zaś kiedy na świat przychodził chłopiec, miał on ciężkie życie, bo liczne grono żeńskie wciąż mu dokuczało, a nawet i poniżało, gdy matka nie widziała. Nie było to grono zbyt przyjazne, ale zachowujące pozory, znające etykietę, a przede wszystkim posiadające nie byle jakie zdolności, choć nigdy na wielką skalę.
    Sheilę postrzegano z kolei jako chorą gałązkę, przez które reszta gałązek boi się, że drzewo zachoruje. Tym większy strach, iż jest to najpotężniejsza i najbardziej magiczna gałąź. Nie trzymała się zasad ani tradycji. Jeśli jej się podobały, postępowała według nich i wtedy rodzina oddychała z ulgą. Jeśli jednak stwierdziła, iż wolała co innego i opuszczała rodowe zebranie, nie przełknąwszy kęsa króliczego serca, wywoływało to skandal. W tej rodzinie „skandal” nabrał nowego, niewinnego znaczenia.
    – Ciociu, Sheila znów gotowała w twojej misie wróżebnej – beznamiętnym tonem informowała córka siostry matki Sheilii.
    – Skandal! – wołała z niewielką dozą złości druga siostra matki Sheilii, bo gdy wykrzykujesz to samo słowo na tą samą sytuację wiele razy w ciągu roku, gdzieś po drodze tracisz zdolność wkładania w nie odpowiedniej ilości negatywnych emocji.
    W ten sposób słowo „skandal” wyblakło w rodzie Ma’alik. Wciąż powtarzali, że Sheila za dużo czasu spędzała w mieście, za dużo mąciła. Wpadała w kałużę, staw, jezioro, jak ogromny kamień, rozbryzgując wodę na wszystkie strony i dopóki nie opadła na dno, dopóty nie było spokoju.
    Sheila wydawała się spokojną i opanowaną na pierwszy rzut oka. Wykonywała powolne ruchy, odpowiadała tak, jakby nic jej nie obchodziło. Szybko można się jednak przekonać, że łatwo wytrącić ją z równowagi, a jej gniew potrafił tlić się wiele dni, dopóki nie znajdzie ujścia. Jeśli zaś ktoś dmuchnąłby w żar, rozpaliłby ogień, który pokąsałby wszystkich wokół. Sheilii nie interesowało, czy kogoś obraziła, nadepnęła na odcisk, czy też zniszczyła czyjeś mienie – przynajmniej jeśli chodziło o Dwór i jej rodzinę, z nimi pozwalała sobie wbrew rozsądkowi na więcej, niż z szarym ludem.
    Zawsze miała łatkę wariatki, ale niewiele ją to obchodziło. Generalnie mało czasu poświęcała na zastanawianie się, co myśleli o niej ludzie. Bardziej interesujące było to, co ona myślała o nich oraz to, co oni robili. Co tam myśli… Czyny! Po to żyła, po to oddychała. By się działo, by się tworzyło… By się niszczyło. Dlatego nie postępowała według reguł, tradycji ani konwenansów. Cała ta przewidywalność była nudna, nużąca, wysysająca z energii. Nie postępowała jak dziecko, które stawiało się, bo mu coś dyktowano. Nie, Sheila po prostu lubiła nieprzewidywalność. Dlatego czasem robiła to, o co ją proszono. Czasem ubrała się adekwatnie do okazji. Zjadła co trzeba. Od czasu do czasu przełamywała swój schemat, niezależnie od nastroju swojego czy cudzego. Po prostu. Nikt nie mógł tego przewidzieć i to dawało jej ogromną satysfakcję.
    Sheilę bardzo często określano też jako dziką – przez tą nieprzewidywalność, ciągoty do chaosu, agresję. Mimo to prawdziwie dzika zrobiła się później.
    Wiele się zmieniło w życiu całego rodu Ma’alik, odkąd opuściły swój dom w Nieprzebytej Dżungli. Jej krewniaczki zawsze wiedziały, że Sheila miała dar do natury – rośliny, które uprawiała, rosły gęściej, rodziły więcej pąków, nigdy nie usychały ani nie gniły, zaś zwierzęta lgnęły do niej, jakby była jedną z nich (jej kuzynka często mówiła złośliwie, że Sheila jest zwierzęciem). Natomiast dopiero gdy za dotknięciem dłoni z ziemi wyrastać poczęły drzewa na ich oczach, zrozumiały, że miały do czynienia z magią w najczystszej postaci. Pozwoliły, by dziewczyna sama ją szlifowała – same zresztą niewiele się na tym znały. Potrafiły dokonać wielu rzeczy uważanych powszechnie za trudne lub niewykonalne, ale cokolwiek by to nie było (pomijając gotowanie), jeśli dotyczyło natury – Sheila robiła to lepiej. Poza tym doskonale wiedziały, że gdyby próbowały jej dać jakąś radę lub nakierować, ona najpewniej zrobiłaby i tak odwrotnie. Pilnowały jedynie czujnie, by nie szarżowała i nie przeliczyła się ze swoją mocą. W Laquii dawno nie mieli maga z prawdziwego zdarzenia. Potrafił jedynie doglądać Dworskiego ogrodu, uparzyć zioła na choroby, ale niewiele poza tym. A potrzebowali kogoś silnego – ludzie dostrzegali zalążki choroby, która toczyła się przez las, zatruwała strumienie, podkopywała tunele w kopalniach. Złe siły dostawały się na Laquię.
    Nim powiadomiły Dwór (bo miały taki obowiązek), starały się nauczyć ją walki mieczem, bo magów wysyłano na front walk i wojen, jeśli tylko takie trwały. Na Zamku na pewno by ją szkolili, ale Ashmead nie chciały pokazać się ze złej strony z zupełnie nieprzygotowaną dziewczyną. Wystarczyło, że była stuknięta. Niewiele osiągnęły. Walki mieczem uczyła się bardzo długo. Ciężki i nieporęczny kawał stali ją irytował, więc ostatecznie rzuciła żelastwo w kąt i poczęła wywijanie rapierem. Najbardziej jednak lubiła sztylety – takie, które można wbić w plecy niepostrzeżenie albo rzucić przeciwnikowi w pierś. Och tak, te techniki opanowała do perfekcji. Walką rapierem mogła popisać się przed tym całym wyszukanym towarzystwem na Dworze, bo to trzeba było przyznać – nie mogli obejrzeć nic bardziej efektownego. To, jak ta zgrabna, zwinna kobieta poruszała się wraz z cienkim i długim ostrzem, którego lśniący, wysadzany kamieniami kosz lśnił w słońcu, a włosy jej cięły powietrze równie szybko co broń – wszystko to przypominało raczej taniec, niźli starcie. W prawdziwej jednak walce stawiała na element zaskoczenia, prędkość i celność. Zwłaszcza to ostatnie miało duże znaczenie – jeśli odpowiednio trafiła, mogła potem spokojnie pobawić się jeszcze ze swoją ofiarą. Jeśli Sheilę coś interesowało, potrafiła się oddać temu całym sercem, ciałem, duszą. Niestety, poza Naturą i graniu ludziom na nerwach mało rzeczy ją porywało.

  • Karolina Zakrzewska

    KLujbIH.png

    Przy stole znów trwała gorąca rozmowa o tym, że homoseksualiści są ok, ale nie powinni się obnosić, że ich manieryzmy są bardzo krzykliwe i przecież mają takie same prawa jak my, więc w ogóle w czym problem. Zaczęło się od stwierdzenia, że przyjaciel Karoliny jest zabawnym gejem, ale i trochę żenującym i czy nie wstyd jej tak się przy nim pokazywać, kiedy nosi różowe sweterki i macha dłońmi.

    KLujbIH.png

    – Masz tylu świetnych znajomych, a najczęściej spotykasz się akurat z Adrianem – zaczął wywód ojciec nad obiadem, który już dawno stracił jakikolwiek smak. – Nie jestem w stanie zrozumieć, czemu nie widujesz się już z Darią.

    KLujbIH.png

    Mama rzuciła jej krótkie spojrzenie znad miski z ogórkami kiszonymi. Ona pamiętała, czemu Karo nie odzywa się do Darii od dwóch lat. Laska zrobiła jej takie siano z mózgu, że niemal rwała sobie włosy z frustracji nad ich relacją. Ojciec jednak nie miał w zwyczaju ani zapamiętywać jej opowieści, ani zazwyczaj ich słuchać. Dlatego zaprzestała wchodzenia z rodziną w dyskusje i prób wyjaśnienia im, jakie głupoty pletli. Oni dobrze się czuli w swoim ignoranckim bagnie i nie zależało im, żeby chociaż wyjrzeć poza jego taflę. Starała się cieszyć rodziną, ignorując te bolące przebłyski. Po prostu nie zapraszała już przyjaciół do domu.

    KLujbIH.png

    – Poza tym nikt normalny nie idzie na resocjalizację.

    KLujbIH.png

    Gdyby ją kiedyś wysłuchali, wiedzieliby, że nikt nie nadawałby się na takie stanowisko lepiej, niż Adrian. Ale nie słuchali. Poza tym uważali, że resocjalizacja to bzdura i strata pieniędzy na społeczne dno.

    KLujbIH.png

    – Dajcie już spokój Adriannie – zaśmiał się Dawid, jej brat. – Wiecie, co ostatnio wydarzyło się na hali?

    KLujbIH.png

    Słuchali Dawida. I promienieli na jego opowieści, jego przygody, jego przekonania, jego plany; wszystko w Dawidzie składało się w idealną ścieżkę i narrację, o jakiej rodzice marzyli. Nawet kiedy popełniał błędy, niektóre całkiem poważne, zaciskali zęby i robili wszystko, by wyciągnąć go z kłopotów, choć zdaniem Karo powinien w końcu odbić się od rzeczywistości. Ona zaś po raz kolejny wbijała bez apetytu widelec w warzywa, czując, jak coraz bardziej ssie ją w żołądku. Karolinę wymalowano na czarno.

  • Sidrif

    Kiedyś było inaczej. Miała mamę. Tatę. Załogę, której ojciec przewodził, traktowała jak swą rodzinę. Czciła wiernie Ivris, za każdym razie na lądzie składając jej bezkrwawe ofiary i modły. Kiedyś była dzieckiem i świat był czarno-biały. W ciągu dwóch lat barwy zmieszały się ze sobą, a ona wylądowała w rzeczywistości szarych odcieni, gdzie nic nie jest proste ani łatwe, choć próbowano jej wmówić, że to nieprawda.
    Brall, kapitan arara Aarin – królewskiego statku ochrzczonego imieniem samej bogini wiatru i wschodu, opiekunki podróżnych – jej tata. Na ląd nigdy nie przybijali dłużej, niż na miesiąc, a i to jedynie w rzadkich przypadkach załatwiania spraw politycznych; smuciło to Sidrif, bo choć kochała chłostę wiatru na twarzy, trzepot żagli i obserwowanie wszystkiego z wysoka, stąpanie po nowej, nieznanej ziemi napawało ją radością, ekscytacją.
    Po matce, Hrist, odziedziczyła głównie urodę i niewyparzony język oraz szczyptę magii, bo wyczucia w gotowaniu Sidrif nie zdołała pojąć, natomiast w innych kwestiach Hrist była nielotem, jak to określali svahildranie. To Brall nauczył ją czytać mapy, tworzyć nowe, całej wiedzy o statku, która potem okazała się dla niej niezbędna. To dzięki niemu poznała kunszt grania na flecie, aż z pomocą paru członków załogi i osób, jakie napotkali przez lata na swej drodze, przewyższyła go w tej umiejętności, oczarowując swoją muzyką każdego, kto jej posłuchał. Do dziś wspomina pewne chłodne popołudnie nad białą łąką, jednym z ich przystanków na drodze do zamku. Śnieżne korony drzew skrzyły się w pełnym słońcu, zewsząd dobiegały spokojne rozmowy i nieśmiały śpiew ptaków. Kiedy rozłożyli koce, aby się pożywić, Rif przysiadła na skraju jednego z nich i grała kojącą melodię, otaczając całą załogę oraz resztę podróżnych woalką spokoju i marzeń. Rodzice siedzieli naprzeciw niej, oparci o siebie ramionami, uśmiechnięci. Dłonie spletli mocno, jakby już nigdy mieli nie puścić.
    Oczywiście, flet nie był zaczarowany i ta iluzja czaru któregoś dnia prysła. Nie tak od razu. Najpierw pojawiły się rysy, jedna za drugą, aż przerodziły się w pęknięcie – duże i niebezpieczne, ale wtedy jeszcze wydawało się do naprawienia. Hrist odeszła za innym mężczyzną, nawet się za nimi nie oglądając. Brall ciężko to znosił, wszyscy to widzieli. W jego codzienność wdarło się roztargnienie i nerwy, które puszczając, najmocniej uderzały w jego własną córkę. Nienawidził siebie za to, staczał się coraz niżej, choć Sidrif robiła co mogła, aby pomóc na statku i go rozweselić. Minął rok. Miała czternaście lat. Wysłał ją po sprawunki do miasta; parę niewiele znaczących rzeczy.
    Już kiedy wchodziła na statek, wiedziała, iż coś było nie tak. Powietrze zrobiło się chłodniejsze, a na pokładzie panowała cisza. Gapili się na nią, gdy szła z torbami w stronę kajuty kapitana. Ścierali już jego krew, a broń, którą wepchnął we własne gardło, odłożyli na bok. Zastanawiała się, jakie to uczucie. Być tak skrzywdzonym, by odebrać sobie własne życie, bez względu na dziecko. Widziała, co działo się z ojcem, ale łudziła się, że nie opuści jej tak, jak matka. Czy czuło się wtedy ból? Czy trudność oddychania tak skupiała uwagę, że to nie docierało? A może wszystko przychodziło jak fala i zalewało? Ile to mogło trwać? Jak długo się męczył?
    Załoga żałowała człowieka, ale nie kapitana – tym już dawno przestał dla nich być. Stracili jakikolwiek szacunek do Bralla, opuściły ich też skrupuły wobec jego córki, toteż wyrzucili ją na zbity pysk, nie martwiąc się tym, jak sobie poradzi. Rif nie wierzyła, że po raz trzeci patrzyła na twarze osób niegdyś śmiejących się z nią, noszących ją na barana, grających z nią, a teraz nie poświęcających jej nawet drugiego spojrzenia, jakiejkolwiek skruchy czy zażyłości. Bez emocji przeszli nad wszystkimi wydarzeniami do porządku dziennego. Tylko jeden Kramon, chłopiec okrętowy, niewiele starszy od niej podbiegł do sterburty i prawdziwy żal wykrzywiał jego oblicze. Sidrif zacisnęła wtedy usta i miała odejść, ale on rzucił mop i zbiegł za nią. Na Aarinie i tak go nie doceniali.
    Chodzili od portu do portu, szukając kogokolwiek, kto by ich przyjął, ale wszyscy wybuchali śmiechem, nim Rif skończyła mówić. Wściekłość dziewczyny poprowadziła ich kroki do ciemniejszej strony Svahildru – podniebnych piratów. Tam, choć nadal się z nich śmiano, jednocześnie chwalili ich tupet, aż trafili na pirata, któremu bezczelność Sidrif zaimponowała na tyle, by ich przyjął. Robota na takim statku i z taką załogą była ciężka, niebezpieczna i często krwawa, co otwierało dziewczynie oczy na wiele spraw. Tutaj już nie uwierzyła w lojalność ludzi – i słusznie, bo kapitanowi wbito sztylet w serce. Ich dwójka trzymała się na boku i starała nie wnikać ani nawet nie słuchać konfliktów czy kłótni. Minęły wtedy trzy lata, zdobyli kolejne umiejętności, łatwiej dostali się na inny statek. Wtedy to w jednym z ograbianych grobowców w ręce Rif wpadła mapa do wielkiego magicznego artefaktu. Nie umiała jeszcze jej dobrze zinterpretować, bo pełna była szyfrów. Nie chciała też, aby trafiła do nieodpowiednich osób, dlatego ukryła ją głęboko w swoich rzeczach i nie spojrzała na nią przez kolejne trzy lata. W tym czasie zginął ich kapitan, powstały zamieszki i razem z Kramonem doszli do wniosku, iż przyszedł najwyższy czas, aby sami dobrali swą załogę. Przeglądając swoje rzeczy, by sprzedać te zbędne, rozwinęła mapę na antycznym pergaminie, powziąwszy postanowienie, że wyruszy tam ze swoimi ludźmi, kiedy zdobędzie wystarczające doświadczenie. Mogła nie umieć jeszcze odczytać do końca rysunków, ale wiedziała jedno – podróż tam nie będzie łatwa.

  • Z nieba na ziemię

    igP7jsl.png

    Niebo już dawno przybrało barwę ciemnego granatu, obsypanego skrzącymi się odłamkami białych kryształów, kiedy Sidrif wreszcie pozwoliła sobie na odpoczynek. Nogi natychmiast ugięły się pod nią posłusznie, posyłając resztę wymęczonego i odwodnionego ciała na hałdę piasku. Oddychała ciężko, wciąż z trudem zbijając podwyższoną temperaturę ciała resztkami magii. Upał dla Svahildran potrafił być zabójczy, a Rif nie zamierzała pozwolić, by Śródziemie wykończyło ją zaledwie drugiego dnia. Na szczęście wraz z nadejściem nocy pojawił się i chłód, przyjemnie otulając gryzącym powiewem jej ciało, odkryte już z dodatkowych warstw tkanin, chroniących ją wcześniej przed słońcem. Musiała oszczędzać siły.

    igP7jsl.png

    Pociągnęła łyk z menażki, pozbawiając się tym samym ostatnich kropel świeżej wody. Nie wiedziała, w którą stronę się kierować; nie znała map Vanhildru. Ojciec zawsze je przed nią ukrywał, a później, gdy została samodzielna, nie nadarzyła się okazja, by chociaż o tym pomyślała.

    igP7jsl.png

    Naiwna.