Wojna. Kiedyś to słowo nie miało żadnego znaczenia. Rodzice często rzucali nim podczas rodzinnych spotkań, kiedy to dyskutowali o polityce. Dziesiątki pokoleń temu część naszej rasy musiała przenieść się na sąsiednią, bliźniaczą planetę Lagoleię, naszej rodowitej Yalvirii. Lata temu „nasi” ludzie, z Lagolei, rozpoczęli tworzenie własnych praw, bardziej liberalnych od pierwotnych, przyniesionych z Yalvirii. Nastroje zaczęły się zaostrzać, kiedy nasza planeta podjęła kroki ku niepodległości. Kontrakt wiążący nas z Unią wisiał na włosku, coraz częściej dało się zaobserwować agresywne ruchy, początkowo pojedynczych grup, później rosnących w siłę. Cierpieli niewinni ludzie, cierpiała gospodarka i polityka zewnętrzna. Sankcje uderzyły mocno w obie planety.
Miałam wtedy piętnaście lat, starszego brata i dwie siostry i młodszego braciszka, którego matka wyciągała z domu płonącego od niegasnącej substancji. Umierała pół dnia, ciężko walcząc o życie, ale ostatecznie przegrała. Miejscami skóra stopiła jej się do kości. Nie było dla niej ratunku. Uratowany Seshuan został oszpecony, ale przetrwał i miał się dobrze te dwa lata temu, kiedy ostatni raz się z nim kontaktowałam.
Nawet wtedy wojna jeszcze nie „wybuchła. Nadal tliła się drobnym płomieniem w kontrolowanym środowisku, nad którym tańczyli politycy obu planet, każdy z kanistrem benzyny. Kto pierwszy opróżni go na palenisko? Jak daleko są w stanie się posunąć? Jak bardzo jesteśmy gotowi do obrony i ataku? Okazało się, że niewiele. Uświadomiła nam to bomba, zrzucona w rok moich osiemnastych urodzin na stolicę Alyki. Trzydzieści procent ludności udało się ewakuować. Pięć procent znajdowała się poza nią. Sześćdziesiąt pięć zostało unicestwionych.
Wszyscy garnęli się do walki, nawet ci, którzy nie mogli ani nie powinni. Ojciec się zgłosił. Moje starsze rodzeństwo. Wielu moich przyjaciół nie ukończyło nauki, by wesprzeć walkę. Ja chciałam jednak robić to lepiej i później moje wykształcenie z inżynierii okazało się niezbędne przy szpiegostwie, w którym uczestniczyłam. Ciężkie, stresujące, krwawe lata. Miało być tylko gorzej. Toczyliśmy się w dół zbocza ku zagładzie i nikt nawet nie spodziewał się ujrzeć wzgórza.
Wpadłam w pułapkę. Żałośnie prostą. Mechanizm, który pozwalał moim nogom pędzić z prędkością do dwustu kilometrów na godzinę nie był kompletny. Nie obejmował całego ciała. Rozpiętą metalową linę zauważyłam w ostatniej chwili. Uchyliłam się, ale odcięło mi rękę w połowie ramienia. Ból nie dotarł od razu. Najpierw straciłam równowagę. Sto kilometrów na godzinę, łupnęłam o gruz. Głowa była chroniona, reszta ciała niewystarczająco. Uszkodzony kręgosłup pozbawił mnie władzy w nogach. Widziałam, jak po mnie szli. Krzyczałam z całych sił, nie pamiętam, czy z bólu czy o pomoc. Mój krzyk niósł się przez opuszczone budynki. Jeden z nich był bliżej, z perwersyjną radością zacisnął mi dłonie na gardle. Byłam pewna, że oderwie mi głowę od reszty ciała. Na skraju świadomości usłyszałam strzały, ciężar mężczyzny przygniótł mnie, wywołując falę potwornego bólu, a ten pociągnął za sobą błogie omdlenie.
Dzień później znajdowałam się w szpitalu. Nie potrafili nic pomóc z moim bezwładem nóg, ale obiecali odzyskać moją rękę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mieli na myśli stworzenie nowej, a nie zszycie własnej. Nie byłam ani pierwszą, ani ostatnią potrzebującej mechanicznej, sprawnej protezy. Wojsko zasilało mnóstwo takich jak ja. Okaleczonych. Proces gojenia jednak trwał długo, a łączenie z maszyną bolesne i miałam się za najbardziej przeklętą osobę na tej planecie. Nogi radziły sobie wraz ze starym mechanizmem, ale przestały cokolwiek odczuwać. Ciepło. Zimno. Dotyk. A głos? Cały czas myślałam tylko o tym, że nie zaśpiewam już więcej z siostrami. Zamontowali mi roboczy syntezator mowy, skrzeczący jak nienaoliwiona maszyna.
Złapaliśmy ważnego informatora. Mieli zainstalować mój urządzenie pozbawiające wolnej woli, ale najpierw musiało ono do nas dotrzeć. Podczas tych dni oczekiwania skontaktowali się ze mną wrogowie. Świetnie szyfrowane, ukryte połączenie. Chcieli ode mnie lokalizacji ich jeńca w zamian za życie każdego z mojej rodziny. Pokazali mi zdjęcia ze swoimi tajniakami, czającymi się jak cień za moimi najbliższymi. Nagranie, jak jeden z nich podaje mojej siostrze napój, a ona bierze go niedbale i bez zastanowienia pije. Uśmiech. Nie wątpiłam, że zdołają do tego się posunąć. Straciłam już matkę i nie mogłam stracić nikogo więcej. Starałam się zatrzeć za sobą jak najwięcej śladów, przekazując im informację, ale rok później okazało się, że niewystarczająco.
Mówiono, że osiągnęliśmy kompromis, ale to gówno prawda. Straciliśmy wiele, a później poświęciliśmy jeszcze więcej dla porozumienia. Okrzyknięci jeszcze niedawno bohaterami narodu, stali się przestępcami, skazywanymi na śmierć lub wygnanie. Ważne osoby rozpływały się w powietrzu, tracąc za sobą jakikolwiek ślad. Unia dawno się od nas odcięła. Lagoleia podnosiła się z kolan, ale ogromnym kosztem, ekonomicznym, ale przede wszystkim moralnym. Dawne idee uległy wypaczeniu, tragicznie umniejszając dopiero co przebytej wojnie wartości.
W ten sposób i wylądowałam na odludnej stacji badawczej w czarnej dupie kosmosu. Zdawałam nic nie warte raporty pod groźbą śmierci. Któregoś dnia zbrzydło mi takie życie i uciekłam przy pierwszej okazji, licząc w sercu na to, że kiedyś wrócę do ojczyzny i do mojej rodziny, a wojna znów stanie się lekkim słowem podczas obiadowej dyskusji, a nasz świat będzie taki, o jaki walczyliśmy.
Dodaj komentarz