Tag: laev_postacie

Laevheim – Postacie

  • Farid Al’Jafar

    – Dobrze się bawisz?
    Młoda, potężna kobieta siedziała na równie potężnym fotelu, wachlując się także potężnym wachlarzem, rozwiewającym mimo tego niemrawo jej ciężkie, białe loki. Minę miała co najmniej niezadowoloną, choć wokół niej stała trójka służących, każde z innym zadaniem – jeden z nich, smagły chłopiec o przystojnej twarzy i spiętych do tyłu włosach podawał jej owoce prosto do ust; drugi przejmował od niej wachlarz i machał nim, kiedy tylko sobie zażyczyła; trzecia była młódką, stojącą po prostu za nią i czekającą na polecenie, ubraną na tyle skromnie, by nie razić oczu. Farid wziął talerz winogron od pierwszego chłopca, odłożył go na stolik. Następnie przejął wachlarz na własny użytek. Nie dało się nie wspomnieć, iż przyrząd ten miał wspaniałe, eleganckie szycie najwyższej jakości. Otwierał się łatwo, a zamykał z atencyjnym hukiem. Farid obejrzał go uważnie, nim wydał z siebie pomruk aprobaty, po czym odpowiedział:
    – Wybitnie, kuzynko. Jak nigdy wcześniej. – Poczęstował ją szerokim uśmiechem i ukłonem, spodziewając się końca rozmowy, jednak ona ciągnęła dalej:
    – Mam nadzieję, że korzystasz. To może być twój ostatni taki bal.
    Jego uśmiech nie drgnął nawet na moment. Wyprostował się jedynie, a brwi wygiął w pewnym politowaniu.
    – Och, kuzyneczko. Nikt nie popełni znów tego błędu. – Nachylił się do dziewczyny, owiewając ją ciężkim zapachem orientalnych perfum i ledwo wyczuwalną wonią spalenizny. Widowiskowo rozłożył wachlarz, kryjąc za nim ich twarze. – Zamiast pleść jęzorem po próżnicy, zrobiłabyś ze swoich pełnych usteczek lepszy użytek. Pan w rogu się niecierpliwi.
    Ukłonił się znów teatralnie, zginając w pół i tym razem oddalił, nie chcąc wysłuchiwać kolejnych bzdur. Skierował się do ogrodu, intensywnie pachnącego kwitnącymi o tej porze roku roślinami. Tej wiosny rosły wyjątkowo bujnie, grube gałęzie uginały się pod ciężarem owoców, a ich korony barwiły piękne barwy kwiecia, kryjącego zielone listowie. Farid zaciągnął się parnym powietrzem, rozglądając wokół. Większość gości skryła się przed słońcem w chłodnych murach willi, a w labiryncie krzewów spacerowały głównie pary. Wśród nich dostrzegł jednego ze swych starszych braci wraz z piękną małżonką. Zrywał dla niej kwiaty z drzewa. Farid wywrócił oczami. Uważając na szaty, przeszedł przez gąszcz ogródka i dalej, ku granicom posiadłości. Tam, na samym końcu, rosło niewysokie, rozłożyste drzewo, formujące się w kapelusz. Mężczyzna lubił tam przebywać i myśleć, że padający na niego cień rzucany jest przez tarczę, chroniącą przed wszelkimi troskami. I dziś tam zasiadł, na żywo zielonej trawie. Nieraz proponowano, by postawić tu ławkę, lożę, ale on z każdym takim pomysłem walczył zawzięcie. Choć cenił wygody, to miejsce w swej beztroskiej formie podobało mu się najbardziej.
    Obserwując ze szczytu wzgórza rozłożone u jego stóp miasto, Farid myślał o tym, że niedługo je opuści, nie wiedząc, kiedy miałby wrócić. Kochał swój kraj, jego klimat i wynaturzenia, ale nie odczuwał smutku na nadchodzącą podróż. Ni za miastem, ni za willą. Zwłaszcza za willą. Być może na ten fakt zasmuciłby się bardziej, gdyby nie to, że pogodził się z tym lata temu. Obejrzał się na budynek wznoszący się za jego plecami. A gdyby… Nie wrócił wcale? Co go tu trzymało? Absolutnie nic.
    Nad jego głową zaćwierkał natarczywie ptak, nieduży o rubinowym pierzu i kontrastujących z nim złotych oczach. Patrzył na niego z góry, z dezaprobatą. Farid uśmiechnął się. Czas na niego.
    To zły pomysł, szeptał głos w jego umyśle. To nie twoja decyzja.
    – Zobaczysz – odpowiedział mu na przekór. – Dokonam tego.

  • Laenna

    –    Widzisz?
    Tata uniósł na wysokość jej oczu delikatny pierścień. Wyglądał bardzo niepozornie – prosty wzór, kilka listków i trzy kamienie. Laenna jednak wystarczająco obracała się wśród wyższych elit, by poznać mistrzowsko wykonane przedmioty. Biżuteria bujała się na boki, zwieszona ze sznurka, ale gdy wyciągnęła do niej dłoń, ojciec prędko ją zabrał.
    –    Ladny, prawda? – Złożył ostrożnie pierścień w kamiennym pudełku wyłożonym śliskim materiałem. – Niepozorny. Takie są najbardziej niebezpieczne, bo usypiają twoją czujność.
    Mimo wyraźnej przestrogi w głosie, kąciki ust taty unosiły się w uśmiechu, a oczy przepełniała ekscytacja i fascynacja.
    –    Co robi ten pierścień, tato?
    Manipuluje snami. Są dwa pierścienie, niestety nie odnaleźliśmy jeszcze bliźniaczego. – Spojrzał na córkę surowo. – Dlatego pod żadnym pozorem nie wolno go ruszać, rozumiesz? Nie wiemy, czy drugi pierścień leży gdzieś w mule czy może jest w czyimś posiadaniu. Jest na ten moment niebezpieczny.
    –    Tato, a to magiczny przedmiot czy artefakt?
    –    Chciałabyś wiedzieć, co? – przekomarzał się z nią, zajęty przekładaniem pergaminów z miejsca na miejsce, ani trochę nie zmieniając stanu bałaganu wokół.
    –    Powiedz, proszę!
    –    Artefakt – oznajmił, z rozbawieniem patrząc, jak twarz córki się rozpromienia. – Chcesz usłyszeć mit jego powstania?
    –    Już poznałeś?! – zawołała Laenna z podziwem.
    –    Tutaj jesteście.
    Do pracowni weszła mama. Miała na sobie strój, który zawsze zakładała przed pracą – miękki, opinający materiał, chroniący skórę przed metalem zbroi. Na twarzy z kolei nosiła uśmiech, ale krył się pod nim strach i rozgoryczenie. Laenna tego jeszcze wtedy nie widziała.
    –    Tata właśnie mi opowiadał o ostatnim znalezisku – pochwaliła się wesoło, podbiegając do matki.
    –    Ach tak?
    Tata widocznie się spiął, udawał znów, że sprząta, unikając kontaktu wzrokowego z żoną.
    –    A to nie twój czas na zajęcia z czytania, skarbie?
    Laenna jęknęła przeciągle, ale oddaliła się bez dalszej dyskusji. Matka natychmiast porzuciła grymas z twarzy, zostawiając na niej jedynie smutek. Podeszła do męża i położyła delikatnie dłoń na odwróconych do niej plecach.
    –    Wiem, co chcesz powiedzieć – zaczął, nim powiedziała choć słowo.
    –    Skoro wiesz, to dlaczego nic się nie zmienia? – odpowiedziała cicho, drugą dłoń kładąc na wydętym brzuchu.
    –    Dobrze wiesz, dlaczego. Nie zgadzam się z tobą.
    –    Nie zgadzasz się, że powinniśmy je chronić?
    –    Zawsze przekręcisz moje słowa tak, by wyszło na twoje.
    Ojciec odwrócił się raptownie, brwi miał mocno ściągnięte. Jednak na widok zmartwionej przed nim twarzy zaraz złagodniał. Jego wzrok powędrował niżej, do miejsca, gdzie powstawało nowe życie. Klęknął przed żoną i objął ją, przykładając ucho do jej brzucha.
    –    Uważam, że zasługują na pełną ochronę. I na lepszy świat.
    –    Kto mi zagwarantuje, że pełen świat będzie lepszy?
    –    Kochanie… – Wstał, patrząc tym razem jej prosto w oczy. Ścisnął mocno ramiona żony. – Nie widzieliśmy słońca od ilu pokoleń? Jak bardzo nasze ciała będą w stanie się jeszcze dostosować? Kiedy staniemy przed granicą pomysłowości wynalazków by zrozumieć, że nie jesteśmy stworzeni dla tego wycinka?
    –    Co jeśli ten wycinek to jedyne, co jest nam dane? – Tym razem to matka ścisnęła nadgarstki męża. – Co jeśli scalenie nie jest możliwe?
    –    Jeśli coś zadziałało w jedną stronę, w drugą również musi – odpowiedział ze stalowym przekonaniem. – A ja będę szukał na to sposobu, aż znajdę. Nie będę zabraniał Laennie tu przychodzić. Największym niebezpieczeństwem jest niewiedza. Sama o tym doskonale wiesz, dlatego jej też nie zabroniłaś.
    –    Nie chcę, by się buntowała. – westchnęła mama. – Zakazy wywołują w niej wewnętrzny sprzeciw. I na pewno nie ma tego po mnie – dodała, lustrując męża potępiającym wzrokiem.
    –    Może i nie, ale upór ma z całą pewnością po tobie – zripostował, opadając na fotel. Palce chodziły mu stuk, stuk po blacie biurka niecierpliwie, czoło marszczyło w głębokim zamyśleniu. Matka wiedziała, że musi pozwolić błądzić jego umysłowi, aż wróci do niej i podejmie wątek. Czekała cierpliwie, bo nie spieszyło jej się zanadto. – Jesteśmy blisko przełomowego odkrycia. Czuję to, serce.
    –    Inni też to muszą czuć. – Obejrzała się przez ramię, jak gdyby wrogowie zbierali się w korytarzach ich domu.
    Ojciec zauważył spięcie mięśni jej ramion, sylwetkę lekko pochyloną, gotową w każdej sekundzie na podjęcie walki, odparcie ataku. Pochwycił dłoń żony i przyłożył do swojego wolno bijącego serca. Tkanina ochronna, obejmująca również palce, była zimna i wroga w dotyku. Nie wycofał się jednak przed tym ruchem.
    –    Jak wyglądają sprawy za murami? – choć zapytał, nie chciał słyszeć odpowiedzi. Wystarczyło mu zmartwienie w zielonych oczach żony, by poznać sytuację.
    –    Zaostrzają się konflikty. Kolejne morderstwa na granicach, które nie powinny istnieć. – Wzrok matki powoli wrócił do męża; wolną, lewą dłoń złożyła na jego policzku, a każdy wzgórek i linia wpasowały się w kształt jego twarzy, jakby zostały wyciosane z jednego kamienia. Rastrę miała zaciągniętą jedynie na kciuk wiodącej ręki, toteż mogła przesunąć palcem po skórze ukochanego i wyczuć jego temperaturę i skórę podrażnioną od łażenia po nieprzyjaznych ruinach. – Obawiamy się, że lada moment to eskaluje. Brakuje tak niewiele, a wiemy o podżegaczach, samozwańczych wyzwoleńcach od opresji, jakie sami stworzyli. Czujemy się bezradni. Sprawa jest tak delikatna jak nigdy. Tymczasem król zdaje się pakować wszelkie zasoby i całą swą uwagę na poszukiwania graala.
    Nie dziwiła ojca gorycz w jej głosie. Jeśli dojdzie do otwartych walk lub ludzie postanowią natrzeć na pałac, ona będzie musiała zwrócić swoją włócznię przeciwko tym, których przysięgała chronić. Jej awans do królewskiej gwardii pojawił się później, początki zakorzeniły ją mocno w szarej populacji, a matka nigdy nie zapomniała, skąd pochodziła.
    Ucałował wnętrze jej dłoni i puścił ją, bo tak było trzeba, choć całym sobą przed tym protestował. Niepokój ściskał mu wnętrzności, ale nie mógł mu się poddać. Obrzydliwą hipokryzją byłaby próba gry na jej uczuciach, wstrzymywanie jej, podczas gdy ona znosiła te męki miesiącami jego wędrówek archeologicznych.
    –    Bądź ostrożna, serce – powiedział więc tylko, oczami przekazując wszystko to, czego słowami sobie zabronił.
    Zawahała się tylko na ułamek sekundy. Krótki moment, kiedy zapragnęła zaszyć się tu z nim w jego gabinecie, zupełnie jak w latach, kiedy dopiero się poznawali i brakowało im ciężkich trosk. Na więcej nie mogła sobie pozwolić, nie ufała sobie na tyle. Odwróciła się na pięcie i odmaszerowała żołnierskim krokiem, trzymając prawą dłoń na brzuchu. Już niedługo nie będzie w stanie przybrać zbroi. Do tego czasu jednak zrobi wszystko, by dziecko nie urodziło się w środku wojny.

  • Sidrif

    Kiedyś było inaczej. Miała mamę. Tatę. Załogę, której ojciec przewodził, traktowała jak swą rodzinę. Czciła wiernie Ivris, za każdym razie na lądzie składając jej bezkrwawe ofiary i modły. Kiedyś była dzieckiem i świat był czarno-biały. W ciągu dwóch lat barwy zmieszały się ze sobą, a ona wylądowała w rzeczywistości szarych odcieni, gdzie nic nie jest proste ani łatwe, choć próbowano jej wmówić, że to nieprawda.
    Brall, kapitan arara Aarin – królewskiego statku ochrzczonego imieniem samej bogini wiatru i wschodu, opiekunki podróżnych – jej tata. Na ląd nigdy nie przybijali dłużej, niż na miesiąc, a i to jedynie w rzadkich przypadkach załatwiania spraw politycznych; smuciło to Sidrif, bo choć kochała chłostę wiatru na twarzy, trzepot żagli i obserwowanie wszystkiego z wysoka, stąpanie po nowej, nieznanej ziemi napawało ją radością, ekscytacją.
    Po matce, Hrist, odziedziczyła głównie urodę i niewyparzony język oraz szczyptę magii, bo wyczucia w gotowaniu Sidrif nie zdołała pojąć, natomiast w innych kwestiach Hrist była nielotem, jak to określali svahildranie. To Brall nauczył ją czytać mapy, tworzyć nowe, całej wiedzy o statku, która potem okazała się dla niej niezbędna. To dzięki niemu poznała kunszt grania na flecie, aż z pomocą paru członków załogi i osób, jakie napotkali przez lata na swej drodze, przewyższyła go w tej umiejętności, oczarowując swoją muzyką każdego, kto jej posłuchał. Do dziś wspomina pewne chłodne popołudnie nad białą łąką, jednym z ich przystanków na drodze do zamku. Śnieżne korony drzew skrzyły się w pełnym słońcu, zewsząd dobiegały spokojne rozmowy i nieśmiały śpiew ptaków. Kiedy rozłożyli koce, aby się pożywić, Rif przysiadła na skraju jednego z nich i grała kojącą melodię, otaczając całą załogę oraz resztę podróżnych woalką spokoju i marzeń. Rodzice siedzieli naprzeciw niej, oparci o siebie ramionami, uśmiechnięci. Dłonie spletli mocno, jakby już nigdy mieli nie puścić.
    Oczywiście, flet nie był zaczarowany i ta iluzja czaru któregoś dnia prysła. Nie tak od razu. Najpierw pojawiły się rysy, jedna za drugą, aż przerodziły się w pęknięcie – duże i niebezpieczne, ale wtedy jeszcze wydawało się do naprawienia. Hrist odeszła za innym mężczyzną, nawet się za nimi nie oglądając. Brall ciężko to znosił, wszyscy to widzieli. W jego codzienność wdarło się roztargnienie i nerwy, które puszczając, najmocniej uderzały w jego własną córkę. Nienawidził siebie za to, staczał się coraz niżej, choć Sidrif robiła co mogła, aby pomóc na statku i go rozweselić. Minął rok. Miała czternaście lat. Wysłał ją po sprawunki do miasta; parę niewiele znaczących rzeczy.
    Już kiedy wchodziła na statek, wiedziała, iż coś było nie tak. Powietrze zrobiło się chłodniejsze, a na pokładzie panowała cisza. Gapili się na nią, gdy szła z torbami w stronę kajuty kapitana. Ścierali już jego krew, a broń, którą wepchnął we własne gardło, odłożyli na bok. Zastanawiała się, jakie to uczucie. Być tak skrzywdzonym, by odebrać sobie własne życie, bez względu na dziecko. Widziała, co działo się z ojcem, ale łudziła się, że nie opuści jej tak, jak matka. Czy czuło się wtedy ból? Czy trudność oddychania tak skupiała uwagę, że to nie docierało? A może wszystko przychodziło jak fala i zalewało? Ile to mogło trwać? Jak długo się męczył?
    Załoga żałowała człowieka, ale nie kapitana – tym już dawno przestał dla nich być. Stracili jakikolwiek szacunek do Bralla, opuściły ich też skrupuły wobec jego córki, toteż wyrzucili ją na zbity pysk, nie martwiąc się tym, jak sobie poradzi. Rif nie wierzyła, że po raz trzeci patrzyła na twarze osób niegdyś śmiejących się z nią, noszących ją na barana, grających z nią, a teraz nie poświęcających jej nawet drugiego spojrzenia, jakiejkolwiek skruchy czy zażyłości. Bez emocji przeszli nad wszystkimi wydarzeniami do porządku dziennego. Tylko jeden Kramon, chłopiec okrętowy, niewiele starszy od niej podbiegł do sterburty i prawdziwy żal wykrzywiał jego oblicze. Sidrif zacisnęła wtedy usta i miała odejść, ale on rzucił mop i zbiegł za nią. Na Aarinie i tak go nie doceniali.
    Chodzili od portu do portu, szukając kogokolwiek, kto by ich przyjął, ale wszyscy wybuchali śmiechem, nim Rif skończyła mówić. Wściekłość dziewczyny poprowadziła ich kroki do ciemniejszej strony Svahildru – podniebnych piratów. Tam, choć nadal się z nich śmiano, jednocześnie chwalili ich tupet, aż trafili na pirata, któremu bezczelność Sidrif zaimponowała na tyle, by ich przyjął. Robota na takim statku i z taką załogą była ciężka, niebezpieczna i często krwawa, co otwierało dziewczynie oczy na wiele spraw. Tutaj już nie uwierzyła w lojalność ludzi – i słusznie, bo kapitanowi wbito sztylet w serce. Ich dwójka trzymała się na boku i starała nie wnikać ani nawet nie słuchać konfliktów czy kłótni. Minęły wtedy trzy lata, zdobyli kolejne umiejętności, łatwiej dostali się na inny statek. Wtedy to w jednym z ograbianych grobowców w ręce Rif wpadła mapa do wielkiego magicznego artefaktu. Nie umiała jeszcze jej dobrze zinterpretować, bo pełna była szyfrów. Nie chciała też, aby trafiła do nieodpowiednich osób, dlatego ukryła ją głęboko w swoich rzeczach i nie spojrzała na nią przez kolejne trzy lata. W tym czasie zginął ich kapitan, powstały zamieszki i razem z Kramonem doszli do wniosku, iż przyszedł najwyższy czas, aby sami dobrali swą załogę. Przeglądając swoje rzeczy, by sprzedać te zbędne, rozwinęła mapę na antycznym pergaminie, powziąwszy postanowienie, że wyruszy tam ze swoimi ludźmi, kiedy zdobędzie wystarczające doświadczenie. Mogła nie umieć jeszcze odczytać do końca rysunków, ale wiedziała jedno – podróż tam nie będzie łatwa.