– Dobrze się bawisz?
Młoda, potężna kobieta siedziała na równie potężnym fotelu, wachlując się także potężnym wachlarzem, rozwiewającym mimo tego niemrawo jej ciężkie, białe loki. Minę miała co najmniej niezadowoloną, choć wokół niej stała trójka służących, każde z innym zadaniem – jeden z nich, smagły chłopiec o przystojnej twarzy i spiętych do tyłu włosach podawał jej owoce prosto do ust; drugi przejmował od niej wachlarz i machał nim, kiedy tylko sobie zażyczyła; trzecia była młódką, stojącą po prostu za nią i czekającą na polecenie, ubraną na tyle skromnie, by nie razić oczu. Farid wziął talerz winogron od pierwszego chłopca, odłożył go na stolik. Następnie przejął wachlarz na własny użytek. Nie dało się nie wspomnieć, iż przyrząd ten miał wspaniałe, eleganckie szycie najwyższej jakości. Otwierał się łatwo, a zamykał z atencyjnym hukiem. Farid obejrzał go uważnie, nim wydał z siebie pomruk aprobaty, po czym odpowiedział:
– Wybitnie, kuzynko. Jak nigdy wcześniej. – Poczęstował ją szerokim uśmiechem i ukłonem, spodziewając się końca rozmowy, jednak ona ciągnęła dalej:
– Mam nadzieję, że korzystasz. To może być twój ostatni taki bal.
Jego uśmiech nie drgnął nawet na moment. Wyprostował się jedynie, a brwi wygiął w pewnym politowaniu.
– Och, kuzyneczko. Nikt nie popełni znów tego błędu. – Nachylił się do dziewczyny, owiewając ją ciężkim zapachem orientalnych perfum i ledwo wyczuwalną wonią spalenizny. Widowiskowo rozłożył wachlarz, kryjąc za nim ich twarze. – Zamiast pleść jęzorem po próżnicy, zrobiłabyś ze swoich pełnych usteczek lepszy użytek. Pan w rogu się niecierpliwi.
Ukłonił się znów teatralnie, zginając w pół i tym razem oddalił, nie chcąc wysłuchiwać kolejnych bzdur. Skierował się do ogrodu, intensywnie pachnącego kwitnącymi o tej porze roku roślinami. Tej wiosny rosły wyjątkowo bujnie, grube gałęzie uginały się pod ciężarem owoców, a ich korony barwiły piękne barwy kwiecia, kryjącego zielone listowie. Farid zaciągnął się parnym powietrzem, rozglądając wokół. Większość gości skryła się przed słońcem w chłodnych murach willi, a w labiryncie krzewów spacerowały głównie pary. Wśród nich dostrzegł jednego ze swych starszych braci wraz z piękną małżonką. Zrywał dla niej kwiaty z drzewa. Farid wywrócił oczami. Uważając na szaty, przeszedł przez gąszcz ogródka i dalej, ku granicom posiadłości. Tam, na samym końcu, rosło niewysokie, rozłożyste drzewo, formujące się w kapelusz. Mężczyzna lubił tam przebywać i myśleć, że padający na niego cień rzucany jest przez tarczę, chroniącą przed wszelkimi troskami. I dziś tam zasiadł, na żywo zielonej trawie. Nieraz proponowano, by postawić tu ławkę, lożę, ale on z każdym takim pomysłem walczył zawzięcie. Choć cenił wygody, to miejsce w swej beztroskiej formie podobało mu się najbardziej.
Obserwując ze szczytu wzgórza rozłożone u jego stóp miasto, Farid myślał o tym, że niedługo je opuści, nie wiedząc, kiedy miałby wrócić. Kochał swój kraj, jego klimat i wynaturzenia, ale nie odczuwał smutku na nadchodzącą podróż. Ni za miastem, ni za willą. Zwłaszcza za willą. Być może na ten fakt zasmuciłby się bardziej, gdyby nie to, że pogodził się z tym lata temu. Obejrzał się na budynek wznoszący się za jego plecami. A gdyby… Nie wrócił wcale? Co go tu trzymało? Absolutnie nic.
Nad jego głową zaćwierkał natarczywie ptak, nieduży o rubinowym pierzu i kontrastujących z nim złotych oczach. Patrzył na niego z góry, z dezaprobatą. Farid uśmiechnął się. Czas na niego.
To zły pomysł, szeptał głos w jego umyśle. To nie twoja decyzja.
– Zobaczysz – odpowiedział mu na przekór. – Dokonam tego.
Dodaj komentarz