Pot spadał nieregularnymi kroplami na czarną glebę, wsiąkając w promieniach wschodzącego słońca. Phaner otarł czoło, zostawiając na nim ciemne smugi i usiadł zmęczony, plecami spoczywając na owocowym drzewie. Spojrzeniem wodził za niepozornym, brązowym ptaszkiem poszukującym smakołyków na trawie tuż za granicą ogródka. Czarne jak noc oczy skierowały się w jego stronę, a Phaner uśmiechnął się w odpowiedzi. Jego klatka unosiła się i opadała w nieregularnym rytmie; próbował jeszcze złapać oddech po intensywnym zrywie pracy. Czuł pot spływający mu po plecach. Powinien wstać i pójść do rzeki się obmyć. Jeszcze chwilę jednak. Nie zamknie oczu, bo zaśnie, ale jeszcze parę chwil…
Ptak wzleciał nagle w powietrze z cichym szelestem skrzydeł i za moment Phaner znów siedział sam w ogródku. Podniósł się, ignorując ból kolana i poszedł zmyć z siebie brud i smród.
Rzeka płynęła zaraz za domem. Trzeba przejść paręnaście kroków, by dotrzeć do zbocza. Paroma wygładzonymi kamieniami można bezpiecznie zejść do jej koryta. Nie była głęboka, ani specjalnie wartka. Idealna dla ich potrzeb. Obok zejścia stał wbity w ziemię drewniany parawan, który Phaner zrobił dla komfortu Lunne. Z okien domu dało się doskonale dostrzec rzekę i choć wcześniej im to nie przeszkadzało, odkąd mieszkali we trójkę, Lunne potrzebowała trochę prywatności. Czasem pozwalała mu dołączyć lub chociaż usiąść na brzegu i zagrać dla niej spokojną melodię.
W dni takie jak ten, kiedy wschodzące słońce obmywało go swoim ciepłem razem z rzeką, tęsknota za ukochaną stawała się nieco łatwiejsza do zniesienia. Przecierając zadrapania, oparzenia i zacięcia, myślał o tym, czy zdążą się zagoić zanim znów ją zobaczy. Z niektórych co świeższych krew mieszała się z wodą, zmieniając kolor na różowy, aż znikła zupełnie wraz z nurtem. Jeszcze pozwoli sobie na parę sekund pieszczenia skóry przez słońce, parę chwil przymkniętych oczu, z których mogą polecieć łzy.
Zarzucił na siebie pozostawioną wcześniej na parawanie tunikę, a ubrane poprzednio ciuchy i buty chwycił do rąk. Ruszył boso po kamieniach, po trawie do domu. Deski na ganku były jeszcze całkiem chłodne po nocy. Zobaczył, że znowu ta jedna się wygina i lada moment będzie chodziła luźno. Zaklął sobie cicho pod nosem. Co jest nie tak z tą deską?
W środku zawiesił garnek nad paleniskiem, by podgrzać wczorajsze śniadanie i przebrał się w świeże rzeczy. Gotowy w zasadzie do wyjścia, zaszedł do mniejszego pokoju, wypełnionego paroma niezbędnymi meblami i kilkoma dodatkowymi – obok szafy mieścił się ogromny regał od podłogi do sufitu, pod oknem stała komoda wypełniona różnymi przyrządami, a przed dwoma pojedynczymi łóżkami postawiono po kufrze. Na jednym z łóżek leżała zwinięta w pościel kulka.
Słysząc skrzypienie drzwi, wnętrze kulki uchyliło rąbek skorupki i wyjrzało poza nią parą bursztynowych oczu, takich samych jak Phanera.
– Już czas na śniadanie? – Przytłumiony głos dobiegł z wnętrza kulki.
– Już prawie. – Phaner klęknął przy łóżku syna i odkrył delikatnie kołdrę, by móc położyć dłoń na jego czole. – Jak się dzisiaj czujesz?
– Lepiej.
– Lepiej generalnie czy lepiej, niż wczoraj?
Phaner uniósł i rozprostował obie dłonie, rozstawiając szeroko palce. Leo wyciągnął rękę i zagiął wszystkie palce poza małym u jego prawej dłoni. Phaner czuł się, jak gdyby połknął kamień, ale uśmiechnął się tylko i przeczesał miękkie, rude włosy syna.
– Wybierz sobie książkę na dziś. – Wskazał jeden z wielu stosów pod przeciwległą ścianą. Książki już dawno przestały się mieścić na półkach, chłopak za szybko je czytał. Mieli wymyślić sposób na ich przechowywanie, ale póki co bezskutecznie. – Te cztery z wierzchu dostałem przedwczoraj od Meaulle. Pójdę coś przygotować dla ciebie, może jeszcze zejdziemy o palec albo dwa. – Na jękliwe protesty dziecka chwycił go za ramię i potrząsnął delikatnie. – Już, już. Wstawaj.
Zamknąwszy za sobą drzwi, oparł się o nie i zacisnął mocno nasadę nosa. Parę chwil na poradzenie sobie z falą bezradności, kilka głębszych oddechów i mógł wrócić do zadań. Stanął przed regałem w kuchni, gdzie trzymał wszystkie swoje zioła, wywary i preparaty. Zajrzał do swoich notatek, przypiętych na ścianie na gwoździu, próbując sobie przypomnieć proporcje.
Jeszcze mieszał to wszystko ze sobą i odcedzał, kiedy Leo kończył jeść śniadanie. Wiedział, że obserwuje go uważnie, więc bardzo ostentacyjnie dodał do specyfiku solidną łyżkę miodu.
– Wybrałeś książkę?
– Tak. „Stare baśnie i legendy”.
Baśnie i legendy…? Phaner zmarszczył brwi. Meaulle jeszcze nigdy nie wręczyła mu nic, co tak blisko ocierałoby się o mitologię, ale może chciała pozbyć się tej księgi. Nie poświęcając temu więcej uwagi, przelał ukończony wywar do flakonika, zakorkował i wsadził bezpiecznie do swojej torby z niezbędnymi rzeczami.
Stanęli przed drzwiami frontowymi i swoim zwyczajem przeciągnęli się długo, wzdychając z zadowoleniem po wszystkim. Phaner przyklęknął, opierając swój ciężar o wielki podróżny kij, z którym się nie rozstawał.
– Wskakuj – polecił synowi, a ten posłusznie wdrapał się na jego plecy. I jak co drugi dzień, ruszyli do miasta wśród cichych, kojących śpiewów Phanera.
Sabini rzuciła Phanerowi wymowne spojrzenie, wciskając pod blat nową beczkę piwa.
– Poważnie?
Phaner nie musiał odwracać głowy w jej stronę, bo doskonale wiedział, skąd brało się jej oburzenie. Podał kelnerce dwa kufle i trzy miski zupy z szerokim uśmiechem i dopiero wtedy odwrócił się do szefowej. Sabini nie lubiła, kiedy robił w kącie baru legowisko dla Leo, bo choć nikomu nie przeszkadzał i czytał jedynie w ciszy, powtarzała, że niektórzy klienci kręcą na to nosem. Phaner nie do końca uważał to za poważny problem, bo większość tutejszych bywalców to stali klienci, a ci napływowi widząc, jak ich dwójka oraz reszta obsługi jest traktowana, wie jak ma się zachować. Niemniej, to on był skromnym barmanem i sporadycznym bardem, więc nie miał co chojraczyć.
– Ciężka noc za nami, Sabi – wyjaśniał jej przyciszonym głosem. Widział, jak kątem oka zerka na jej syna. – Niedawno skoczyła mu znów temperatura, muszę go mieć na oku.
Sabini była niewysoką, ale mocno zbudowaną kobietą, silniejszą od wielu chłopów przychodzących do jej karczmy. Wszelkie spory rozwiązywała osobiście. Mimo ciemnych włosów, gęstych brwi i najczęściej zaciśniętych ust nadających jej twarzy groźnego wyrazu, każdy kto ją trochę lepiej znał, wiedział, że w środku to ciepła kobieta, szanująca swoich pracowników i klientelę, jednocześnie nie dająca sobie wejść na głowę. Krótko ujmując, otrzymywała powszechny szacunek.
W tej chwili westchnęła ciężko, ramieniem opierając się o blat, a drugą rękę na biodrze. Drewno zaskrzypiało pod naporem.
– Jakieś postępy w tej kwestii? – zapytała równie cicho, by Leo nie usłyszał.
Phaner pokręcił głową, po czym wzruszył ramionami.
– Co nie wymyślę, zaraz traci efekt. Muszę próbować z dodatkowymi aromatami, bo ostatnim razem na sam zapach wywaru zaczął mi tak wymiotować, że myślałem, że wnętrzności wypluje – opowiadał o tym rzeczowo, myślami wędrując do Lunne, w sekrecie poszukującej skutecznego lekarstwa. Chciałby ją już zobaczyć.
Sabini poklepała go po ramieniu.
– Dziś ma być znów chłodniejsza noc. W razie co, na zapleczu jest gruby koc – rzuciła do niego, nim odeszła zająć się swoimi sprawami.
Phaner odprowadził ją wzrokiem.
– Halo?! Dostanę to wino?!
Słysząc napastliwe nawoływania klienta, Phaner uśmiechnął się szeroko, przepraszając i wrócił do pracy. Dziś jeszcze nie pojawił się nikt, kto mógłby mu w jakikolwiek sposób pomóc. Kiedy Patri, drugi kelner, zjawił się po zamówienie, Phaner zatrzymał go na moment.
– Jak wczoraj? Słyszeliście coś może?
Wiedział, że bez sensu pytać. Gdyby cokolwiek usłyszeli, już by o tym wiedział. Patri nawet nie musiał odpowiadać, widział po jego przepraszającej minie, że nic z tego. Chyba tęsknota ciążyła mu coraz bardziej, bo nie potrafił wykrzesać z siebie nawet swojego pokazowego uśmiechu. Patri mignął mu rękoma, że będzie miał oczy i uszy szeroko otwarte, położył przelotnie dłoń na jego policzku w pocieszającym geście, po czym odwrócił się, zabierając pełną tacę.
– Tato?
Phaner kucnął przy synu, dotykając jego czoła, ale temperatura na szczęście się unormowała.
– Nauczysz mnie, jak rozmawiać z Patrim?
Phaner potrzebował chwili, by zrozumieć o co Leo pytał.
– Chcesz nauczyć się migowego?
– Nigdy nie wiem, co Patri mówi. Trochę się domyślam, kiedy rozmawia ze mną, ale robi to zupełnie inaczej, niż z tobą.
– Porozmawiam z nim. Może znajdzie dla nas czas.
– Dzięki.
Uśmiechnął się szeroko. Nie miał pojęcia, skąd jego syn potrafił nadal czerpać tyle ciekawości do świata i ludzi, pomimo wszystkich trudności i całego bólu, jakiego doświadczał. Wiedział jedynie, że ani on, ani Lunne nie spoczną, dopóki nie odmienią jego życia.