Tag: fap_postacie

Faith and Power – Postacie

  • Samir Shazim

    Samir Shazim kiedyś był jedynie Samirem. Choć może trafniej brzmiałoby – . Mieszkał ze swoim plemieniem i jak każde z nich na Bezdrożach, przemieszczał się często,  zostawiając za sobą wszystko, czego nie zdołał unieść. Wchodził w konflikty z innymi plemionami, walcząc z rodzicami, siostrą, bratem i pozostałymi ramię w ramię. Młody, silny, bystry. Czasem zbyt niepowściągliwy – to właśnie go zgubiło w osiemnastym słońcu życia. Matka wypominała mu to wiele razy, ojciec karał boleśnie za każdy niemądry żart, wszelkie bagatelizowanie. Poważna starsza siostra patrzyła na niego z góry, ale Samir nic sobie z tego nie robił. Twierdził, że w ten sposób wprowadza kolorytu do ich stonowanego świata brązu i beżu. Mimo posiedzeń przy ogniu w każdą noc wśród śmiechu, widział towarzyszące temu zmęczenie w oczach, zmęczenie i ulgę – oto przeżyli kolejny dzień. Nie dali się piekącemu słońcu, gruboskórnym jaszczurom, ruchomym piaskom. Przetrwali. Świętowali. I choć cieszyli się każdą drobną rzeczą – były na wagę złota na Bezdrożach – to uporczywie trzymali się tradycji, przekonań, zamykali swe umysły w klatkach, podczas gdy ciała wędrowały swobodnie. Samir podążał za nimi, bo kochał swoją rodzinę i szanował ją, ale brakowało mu tego samego respektu do zasad, jakimi się ograniczali. Dlatego opowiadał niesmaczne dowcipy, urządzał dziwne zabawy, traktował lekko ich prawa – dążył do konfrontacji, do starcia poglądów i udowodnienia, że pomimo swego młodego wieku wiedział lepiej.
    Zgłosił się na Poszukiwacza, by móc czasem oderwać się od sztywnych ram plemiona. Ich poprzedni hazun zaginął – co na Bezdrożach traktowano jako śmierć – i plemię niezwłocznie potrzebowało nowego na jego miejsce. Chociaż większość wydobytego kryształu sprzedają, gdy zawędrują w pobliże miasta, to część przetwarzają na swój użytek – głównie na lampy i kręgi ochronne. Bez tego ciężko przeżyć ludom mieszkającym w dziczy, choć wtedy Samir nie poświęcał temu swojej uwagi. Interesowało go tylko to, by uwolnić się od swojej rodziny i pójść nowymi drogami, testując swoją wytrzymałość i siłę.
    Razem z Sirwanem, ich allą, przemierzyli kawał drogi, aby dotrzeć do nowego źródła kryształu. Jego ścieżka okazała się dłuższa i bardziej kręta, niż Samir przypuszczał. Kiedy wreszcie dotarli do złoża i Sirwan zabrał się do pracy, Samir oddalił się, chcąc rozejrzeć się po okolicy i upewnić, że nie groziło im niebezpieczeństwo. Na szczęście baldachimy skał ich dobrze ukryły, bo nieopodal stacjonowało wrogie im plemię. Wśród nich właśnie poznał dziewczynę, która straciła dla niego głowę. Zaś kiedy ich związek wyszedł na jaw, a ją schwytano – Samirowi udało się uciec – rzeczywiście straciła głowę. Miała szesnaście słońc, on osiemnaście.

  • Sheilya Ma’alik

    Ród Ma’alik (w pradawnym języku: piękna śmierć) był jednym z najstarszych, jakie jeszcze istniały. Od korzeni, przez pień, aż do gałęzi, wszystkie pokolenia łączyły dwie cechy: olśniewająca, jasna uroda oraz przebiegłość, pozwalająca im wyjść z najgorszych opresji, choćby i kosztem innych. Stąd w ich herbie znalazł się jeden z najbardziej jadowitych gatunków żmii, echis, układający się we wzór czterolistnego kwiatu miliany, symbolu piękna i niewinności. Mówiło się o nich, że potrafili przeżyć jego ukąszenie. Ponoć nawet Pierwszej z Rodu to się przydarzyło. Według szeptanych baśni spędziła miesiąc w łóżku, ciężko chora, aż jednego dnia po prostu wstała, jak nowo narodzona. Być może to stąd w rodzinie tej utarło się, że kobiety nią rządziły, kobiety także głównie się rodziły. Znajdowały sobie co lepszych kandydatów, lecz nie wiązały się z nimi na stałe. Uważały to za zbędne zniewolenie, zarówno cielesne jak i umysłowe. Jeśli któraś w ich rodzinie pragnęła ślubu, wyśmiewały ją, a dawniej nawet wydziedziczały. Spotkało to matkę Sheilii – odeszła z ukochanym, ale gdy rodziła dziecko, wróciła do rodziny i ubłagała, żeby ją wychowali pod swoim nazwiskiem. Zmarła przy porodzie, a mężczyzna zniknął, co tylko potwierdziło słuszność przekonań Ma’alik. Zaś kiedy na świat przychodził chłopiec, miał on ciężkie życie, bo liczne grono żeńskie wciąż mu dokuczało, a nawet i poniżało, gdy matka nie widziała. Nie było to grono zbyt przyjazne, ale zachowujące pozory, znające etykietę, a przede wszystkim posiadające nie byle jakie zdolności, choć nigdy na wielką skalę.
    Sheilę postrzegano z kolei jako chorą gałązkę, przez które reszta gałązek boi się, że drzewo zachoruje. Tym większy strach, iż jest to najpotężniejsza i najbardziej magiczna gałąź. Nie trzymała się zasad ani tradycji. Jeśli jej się podobały, postępowała według nich i wtedy rodzina oddychała z ulgą. Jeśli jednak stwierdziła, iż wolała co innego i opuszczała rodowe zebranie, nie przełknąwszy kęsa króliczego serca, wywoływało to skandal. W tej rodzinie „skandal” nabrał nowego, niewinnego znaczenia.
    – Ciociu, Sheila znów gotowała w twojej misie wróżebnej – beznamiętnym tonem informowała córka siostry matki Sheilii.
    – Skandal! – wołała z niewielką dozą złości druga siostra matki Sheilii, bo gdy wykrzykujesz to samo słowo na tą samą sytuację wiele razy w ciągu roku, gdzieś po drodze tracisz zdolność wkładania w nie odpowiedniej ilości negatywnych emocji.
    W ten sposób słowo „skandal” wyblakło w rodzie Ma’alik. Wciąż powtarzali, że Sheila za dużo czasu spędzała w mieście, za dużo mąciła. Wpadała w kałużę, staw, jezioro, jak ogromny kamień, rozbryzgując wodę na wszystkie strony i dopóki nie opadła na dno, dopóty nie było spokoju.
    Sheila wydawała się spokojną i opanowaną na pierwszy rzut oka. Wykonywała powolne ruchy, odpowiadała tak, jakby nic jej nie obchodziło. Szybko można się jednak przekonać, że łatwo wytrącić ją z równowagi, a jej gniew potrafił tlić się wiele dni, dopóki nie znajdzie ujścia. Jeśli zaś ktoś dmuchnąłby w żar, rozpaliłby ogień, który pokąsałby wszystkich wokół. Sheilii nie interesowało, czy kogoś obraziła, nadepnęła na odcisk, czy też zniszczyła czyjeś mienie – przynajmniej jeśli chodziło o Dwór i jej rodzinę, z nimi pozwalała sobie wbrew rozsądkowi na więcej, niż z szarym ludem.
    Zawsze miała łatkę wariatki, ale niewiele ją to obchodziło. Generalnie mało czasu poświęcała na zastanawianie się, co myśleli o niej ludzie. Bardziej interesujące było to, co ona myślała o nich oraz to, co oni robili. Co tam myśli… Czyny! Po to żyła, po to oddychała. By się działo, by się tworzyło… By się niszczyło. Dlatego nie postępowała według reguł, tradycji ani konwenansów. Cała ta przewidywalność była nudna, nużąca, wysysająca z energii. Nie postępowała jak dziecko, które stawiało się, bo mu coś dyktowano. Nie, Sheila po prostu lubiła nieprzewidywalność. Dlatego czasem robiła to, o co ją proszono. Czasem ubrała się adekwatnie do okazji. Zjadła co trzeba. Od czasu do czasu przełamywała swój schemat, niezależnie od nastroju swojego czy cudzego. Po prostu. Nikt nie mógł tego przewidzieć i to dawało jej ogromną satysfakcję.
    Sheilę bardzo często określano też jako dziką – przez tą nieprzewidywalność, ciągoty do chaosu, agresję. Mimo to prawdziwie dzika zrobiła się później.
    Wiele się zmieniło w życiu całego rodu Ma’alik, odkąd opuściły swój dom w Nieprzebytej Dżungli. Jej krewniaczki zawsze wiedziały, że Sheila miała dar do natury – rośliny, które uprawiała, rosły gęściej, rodziły więcej pąków, nigdy nie usychały ani nie gniły, zaś zwierzęta lgnęły do niej, jakby była jedną z nich (jej kuzynka często mówiła złośliwie, że Sheila jest zwierzęciem). Natomiast dopiero gdy za dotknięciem dłoni z ziemi wyrastać poczęły drzewa na ich oczach, zrozumiały, że miały do czynienia z magią w najczystszej postaci. Pozwoliły, by dziewczyna sama ją szlifowała – same zresztą niewiele się na tym znały. Potrafiły dokonać wielu rzeczy uważanych powszechnie za trudne lub niewykonalne, ale cokolwiek by to nie było (pomijając gotowanie), jeśli dotyczyło natury – Sheila robiła to lepiej. Poza tym doskonale wiedziały, że gdyby próbowały jej dać jakąś radę lub nakierować, ona najpewniej zrobiłaby i tak odwrotnie. Pilnowały jedynie czujnie, by nie szarżowała i nie przeliczyła się ze swoją mocą. W Laquii dawno nie mieli maga z prawdziwego zdarzenia. Potrafił jedynie doglądać Dworskiego ogrodu, uparzyć zioła na choroby, ale niewiele poza tym. A potrzebowali kogoś silnego – ludzie dostrzegali zalążki choroby, która toczyła się przez las, zatruwała strumienie, podkopywała tunele w kopalniach. Złe siły dostawały się na Laquię.
    Nim powiadomiły Dwór (bo miały taki obowiązek), starały się nauczyć ją walki mieczem, bo magów wysyłano na front walk i wojen, jeśli tylko takie trwały. Na Zamku na pewno by ją szkolili, ale Ashmead nie chciały pokazać się ze złej strony z zupełnie nieprzygotowaną dziewczyną. Wystarczyło, że była stuknięta. Niewiele osiągnęły. Walki mieczem uczyła się bardzo długo. Ciężki i nieporęczny kawał stali ją irytował, więc ostatecznie rzuciła żelastwo w kąt i poczęła wywijanie rapierem. Najbardziej jednak lubiła sztylety – takie, które można wbić w plecy niepostrzeżenie albo rzucić przeciwnikowi w pierś. Och tak, te techniki opanowała do perfekcji. Walką rapierem mogła popisać się przed tym całym wyszukanym towarzystwem na Dworze, bo to trzeba było przyznać – nie mogli obejrzeć nic bardziej efektownego. To, jak ta zgrabna, zwinna kobieta poruszała się wraz z cienkim i długim ostrzem, którego lśniący, wysadzany kamieniami kosz lśnił w słońcu, a włosy jej cięły powietrze równie szybko co broń – wszystko to przypominało raczej taniec, niźli starcie. W prawdziwej jednak walce stawiała na element zaskoczenia, prędkość i celność. Zwłaszcza to ostatnie miało duże znaczenie – jeśli odpowiednio trafiła, mogła potem spokojnie pobawić się jeszcze ze swoją ofiarą. Jeśli Sheilę coś interesowało, potrafiła się oddać temu całym sercem, ciałem, duszą. Niestety, poza Naturą i graniu ludziom na nerwach mało rzeczy ją porywało.